vermin.eu.org

Specjalista IT na tru^Hopie

Entries Comments



Category: Prywatne


['] [']

28 May, 2008 (22:46) | Prywatne | By: vermin

Dnia 14.03.2008, przegrawszy bitwę z ciężką i wyniszczającą chorobą, zmarła moja mama/babcia.
Ogólnie ludzie bliscy nie powinni odchodzić. W szczególności mówiąc egoistycznie - nie powinni odchodzić kiedy ich potrzebujemy, kiedy wciąż mogą dać tak wiele - czasu, ciepła, miłości. Nie powinni odchodzić, kiedy Ci, którymi się jednak wciąż - mimo tego, że mają własne rodziny - się opiekują, wciąż ich potrzebują. Są młodzi i chcieliby się cieszyć życiem zmianą relacji na bardziej dorosłą i dojrzałą.
Nie powinni odchodzić, kiedy mogą zrobić w końcu tak wiele dla siebie…

Ta choroba - przekleństwo naszych czasów - to masakra jest. Ludzie nią dotknięci wyglądają czasem niby z czarnych snów twórców komiksów SF. A leczenie w PL to masakra. Lekarze w instytucie są najmądrzejsi na świecie, za nic mają opinie innych profesorów i nie daj boże sugestie pacjentów. Nie mówiąc o tym, że jak się nie mieszka w stolnicy, to trzeba ich na okrągło wizytować i dokarmiać co męczy przede wszystkim chorego, ale cóż. Mają to tam gdzie mają i tylko więcej kasy by chcieli. Ogólnie jakby kto miał pecha, to nie instytut onkologii w WW. Lepiej od razu iść do WIM - tam są ludzcy lekarze, z wolą walki… Szkoda tylko, że tak późno tam się trafia co niestety rzutuje cholernie mocno na rokowania.

Jak widać to wszystko ma wpływ na zaganianego “specjalistę IT”. Teraz dopiero, po ponad 2 miesiącach udało się odbudować jako tako życie - w końcu trzeba było zbalansować opiekę nad mamą (każda wizyta mogła być ostatnia), dziecko i pracę. Nic, może uda się wrócić powoli do blogowania - może nie. Nic nie jest już definitywne anymore…

Poczta Polska Telegraf Telefon nawet Fax, ale czegoś brak

29 December, 2007 (23:00) | Prywatne, non-tech, poczta, tyrady | By: vermin

Musiałem dziś odwiedzić pocztę. Czasem trzeba wysłać jakieś przesyłki pocztowe - kartki, listy, faktury. No więc poszedłem tam dziś aby wysłać 5 listów - potrzeba do tego 5 kopert. Niestety, koperty to coś, czego na poczcie nie ma. Tak - nie ma. Są niedostępne, nie istnieją… do nowego roku. Po nowym roku będą - zostały zabrane upstream bo jest “inwentaryzacja”.
Zrobiłem ostrą awanturę i te moje 5 kopert C5 się znalazło - niemniej był to wyjątek bo jakaś miłą urzędniczka znalazła swój prywatny stash. Dla mnie osobiście, biorąc pod uwagę wspaniały image poczty polskiej w ostatnich czasach, to totalna porażka. Jak można zawieszać biznes na kilka dni z tak błachego powodu? Dlaczego placówki nie mogą mieć zapasu pewnych rzeczy - skoro znaczki im nie “wyszły” to dlaczego skończyły się koperty? Zawsze idea “remanentów” w świecie, gdzie okazje biznesowe dzieją się wciąż, gdzie wszystko jest powinno być przetwarzane on-line dzieją się takie rzeczy. No ale cóż, batche w bankach też wyłączają serwery na co najmniej godzinę dziennie (inteligo mniej więcej 1-2 w nocy)… Tak jakby nie było innych możliwości technicznych.

Ciekawe co zrobią jak skończą się znaczki…

firmowe merry (kilka niecenzuralnych zwrotów na f, j oraz k) kristmas!

21 December, 2007 (09:32) | Prywatne, tyrady | By: vermin

Jak to zwykle bywa w okolicach 24 grudnia kolejnego roku, zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Same święta to (teoretycznie) rzecz fajna zarówno ze względu na atmosferę jak i czas wolny. Niestety jak to w życiu bywa - atmosfera jest już zajechana milionem stroików, kolęd w “prawie” dobrym wykonaniu wygrywanych przez “prawie” polifoniczne urządzenia z “prawie” dobrymi głośnikami oraz brakiem śniegu (no, ale to ostatnie może się uda nadrobić). O ile do tych wszystkich rzeczy człowiek powoli się przyzwyczaja coraz bardziej zdając sobie sprawę, że prawdziwe święta to ma się w sercu gdziekolwiek będąc (bo chociaż firma ma ogólnie wolne, to 24 jednak niektórzy powinni wpaść do pracy), to już do pewnych firmowych zwyczajów jest trudniej.

Nie wiedzieć czemu każda firma w której pracowałem dotychczas stwierdza, że dobrze zrobić jest spotkanie opłatkowe. Nie wiadomo po co i dlaczego. Znaczy może są tacy, których to motywuje, ale mnie jakoś nie bardzo - mam co robić z czasem wolnym i mam ścisłe grono przyjaciół i rodziny z którym ten czas z chęcią bym spędzał. Najgorsze jest to, że chociaż obecność nie jest obowiązkowa, to jednak młodzi pracownicy (wiekiem/stażem) być jednak powinni, w celu zaczerpnięcia atmosfery firmowej i integracji. Tylko jakiej integracji, jak część ludzi widzi się po raz pierwszy, część lubi się mniej (i stara nie odwracać do nich plecami) a jedynie części z nich złożyło by się prawdziwe życzenia? Cóż - trzeba cierpieć wg wspaniałej polskiej tradycji.

Jest jeszcze jeden zwyczaj czasu bożonarodzeniowego - wysyłanie życzeń do tych, których nie zobaczymy. Oczywiście firmie udało się także i to przedstawić w krzywym zwierciadle. Przedwczoraj o 7 pojawiły się w outlooku pierwsze życzenia od pracowników jednego z oddziałów. Już dwie godziny później odpowiedział kolejny… dział. Potem poszło. Średnio raz na godzinę wpadał mail kolejnego z oddziałów/działów firmy. Co ciekawe - jeśli w jakimś dziale była praca zmianowa, to oczywiście każda zmiana musiała wysłać swoje życzenia. Do maksimum perwersum doszło dziś w godzinach porannych, kiedy to przyszedł pierwszy mail od pojedyńczej, niereprezentującej nikogo poza sobą osoby. A osób w firmie trochę mamy… Paranoja jest goła.
Jedyną metodą obrony przed życzeniami jest to, że reguła w MUA automatycznie kasuje wszystko co ma w tytule słowo “życzenia”. Ponieważ niektóre osoby o tym wiedzą (te które powinny) dostałem już życzenia z tytułem “DUPA”. I tak ma być(?).

Shake it baby!

21 December, 2007 (09:14) | Prywatne, gadgets | By: vermin

Ciężko o tym nie napisać - dla zabójców świń i innego tatałajstwa, dla miłośników zabójców jajek oraz miłych dla ucha one-linerów - po Duke Nukem 3D powoli na świat wychodzi… dopiero zapowiedź Duke Nukem Forever.
No ale może w końcu uda im się coś opublikować, cokolwiek… na miarę czasów. Nie żebym miał czas grac w gry (kupiony w dniu premiery wiedźmin jeszcze nie ujrzał głowic dysku :(), ale może jak już wyjdzie to będę miał na tyle duże dziecko, że kilka chwil się znajdzie?

back 2 life, back 2 reality ;-)

11 November, 2007 (21:51) | Prywatne, non-tech | By: vermin

Pierwsze pytanie jakie miałem do siebie otwierając ponownie tego bloga, to to, czy warto ponownie próbować go reaktywować, czy też może jednak lepiej otworzyć gdzieś coś nowego a to zostawić w sieci “żeby było”. Trochę szkoda byłoby rzucić te kilka ciekawych notek (i kilka mniej ciekawych też) i próbować budować od nowa jakiś blog. Ponieważ jego tematyka byłaby zbliżona, przerwa pokazuje dość wyraźnie pewien okres mojego życia - a to w końcu mój na poły prywatny, na poły technologiczny blog - postanowiłem spróbować jednak rozpocząć ponownie swoje publikacje na tych łamach.

Sądzę jednak, że moim czytelnikom, (ciekawe, czy ktoś jeszcze ma mnie w readerze i liczy że pojawi się z mojego bloga nowy content?), należy się słowo wyjaśnienia dlaczego zniknąłem z sieci. Cóż - głównym powodem, dla których ilość publikacji na blogu nikła i w końcu wygasła był i jest mój syn. Wbrew pozorom i temu co zawsze mi się wydawało, dziecko nie potrzebuje maksimum atencji na samym początku swojej drogi na świecie. Wbrew pozorom jest wtedy dość binarne - śpi/nie śpi. Nie śpi dzieli się też na dwa stany: je/jest przewijane. Wraz z rozwojem i coraz większą percepcją potrzeby nowego człowieka robią się większe i coraz bardziej zajmują młodych rodziców. Jest to piękne - ale dziwną zmianą jest ta, że człowiek dopiero mając paromiesięczne dziecko wie, że komputer tylko w pracy oraz że pracy w domu niet (bo najpierw dość intensywnie z przyjemnością dziecko jak się wróci z pracy, potem prace domowe a na końcu to się śpi jak tylko się przyłoży głowę do poduszki, a nie 2-3 jak to drzewiej bywało). Oczywiście, można nie uczestniczyć aktywnie w życiu domowym,ale po cholerę wtedy byłoby decydować się na dziecko? Dopiero teraz, gdy synowi ma wkrótce minąć roczek doszedłem do jakiegoś konsensusu z czasem i własnymi możliwościami i stwierdziłem, że być może da radę przywrócić niektóre ze zwyczajów prawie że kawalerskiego życia (bo z obecnej perspektywy to bycie z żoną bez dziecka było wyjątkowo mało absorbujące - nawet, jeśli spędzaliśmy więcej czasu razem…)

Jest także drugi powód - tym razem już bardziej konkretny i bliższy technologii. W końcu przestałem być specjalistą IT. Zostałem “samodzielnym inspektorem ds. informatyki”. Pomimo wyjątkowo głupiej nazwy nowego stanowiska pozwala mi ono na nie tylko wykorzystanie dotychczasowej wiedzy o systemach Windows, ale także na odkrywanie nowych obszarów, wcześniej dużo mnie rozpoznanych, takich jak SAP, Oracle, Business Intelligence i inne, bardziej zbliżone do biznesu cuda niż administrator Windows w małej, eufemistyczynie mówiąc małorozwojowej firmie. Nie mówię, że poprzednia praca była zła - także tam dało się (wspierając się dodatkowo pracami zleconymi i projektami) sensownie żyć, wprowadzać i poznawać technologie. Ba, nawet udało się aktywnie uczestniczyć w jednym projekcie który zahaczył mocno o biznes. Ba - stanowił nawet o jego sile… (controlling)
Niemniej możliwość zobaczenia w akcji tych wszystkich zabawek o których człowiek albo czyta, albo styka się jedynie na prezentacjach (storage, biblioteki taśmowe, sieci FO, archaiczne Alfy, świeższe PA-RISC i nowe blade servery, poważne silniki DB w działaniu na zbiorach większych niż te którymi ostatnio na prezentacji MS BI chwaliło się Ministerstwo Finansów, system ERP od podszewki, i wiele wiele dodatkowych zabawek) to jest coś. Ba, nie tylko o zobaczeniu tu mówię - przecież to wszystko co piszę to jest moja codzienna praca :) Ewidentnie jestem jakimś technologicznym onanistą, biorąc pod uwagę, że podniecam się możliwością pracy z technologią. Niemniej technologia, technologia w biznesie i technologia dla technologii to jest coś co lubię. Używać, pracować i otaczać się. Nie żebym siedział w serwerowni - od tego mam terminale, serwery terminali, zdalne konsole i coś jeszcze pewnie, czego nie zdołałem do tej pory poznać ;-) No cóż - właśnie dlatego tak mało ostatnio byłem w blogosferze - konieczność znacznego poszerzenia kompetencji w krótkim czasie to coś, co mocno zabiera resztki wolnego czasu. Niestety - im więcej wiem,tym więcej wiem, że nie wiem i muszę nadrobić…

Ale postaram się pisać, dla swojej i Waszej uciechy/informacji/możliwości zwiększenia cyfrowego chaosu (choose all that apply).
vermin

P.S. Jest trzeci powód, który mocno mnie zniechęcił patrząc dodatkowo na brak czasu. ‘Przypadkiem’ (vide az.pl ssie) zaginął plik trzymający bazę komentarzy. Nie mając czasu na rozwiązanie tematu, aktualizacje i takie tam zarzuciłem bloga. Jeśli w ogóle się nie ma wolnego czasu to lepiej poświęcić go na zdobywanie wiedzy niż naprawianie czegoś, co jest co najwyżej hobby, prawda? Ponieważ jednak postanowiłem pisać dalej, będę musiał przerobić niektóre rzeczy na tym blogu - chociażby koniecznie podnieść go do najnowszej wersji, zaktualizować dodatki i ulepszyć taksonomię wpisów. W związku z tym osoby, które w najbliższym czasie odwiedzą tego bloga mogą się natknąć na jakieś dziwne zachowania. Mam nadzieję, że tych, którym błysnął ten wpis w czytniku ewentualne przejściowe problemy nie zniechęcą do powrotu ponownej lektury.

Zarabianie na byciu “ekspertem” w Polsce i to zdalnie?

8 March, 2007 (13:47) | Prywatne, inne (tech), tyrady | By: vermin

Paweł Tkaczyk zamieścił na swoim blogu ciekawy wpis o wbudowanej w nową (wciąż beta) wersję Skype, która może być początkiem budowy ciekawego systemu pomocy ludziom - szczególnie przez ludzików z biedniejszych krajów (np. z Polski).
Otóż nowa wersja Skype zawierać będzie możliwość porozmawiania z “ekspertem” via Skype. Oczywiście ekspertem może być każdy - niemniej ponoć pojawić się ma katalog, pozwalający ocenić rozmówcę.

To jest naprawdę ciekawa możliwość dla IT - budujemy sobie mały labik (virtuale), ustalamy zakres naszych kompetencji i startujemy. Co ciekawe to może tak naprawdę być bardzo prostym rozwiązaniem - wyobraźmy sobie, że jesteśmy np. takim Anglikiem (ta nacja ponoć, jak ostatnio czytałem, nie radzi sobie z technologią), potrzebujemy pomocy. Odpalamy komputer (załóżmy, że on jednak działa i ktoś mu tego Skype zainstalował) lub telefon stacjonarny (?nie wiem czy taka opcja będzie?) i dzwonimy. Osoba po drugiej stronie to znający język, wykształcony i być może wykwalifikowany specjalista.

Ile można zarobić? Cóż - załóżmy, że pracujemy 160 godzin miesięcznie, z czego 120 godzin (jeśli uda się zdobyć renomę) to będzie czysta rozmowa - reszta to minimalny czas na doszkalanie. Mieszkamy w mniejszym ośrodku i żeby być usatysfakcjonowanym wystarczy nam zarobek rzędu 5-6k brutto (pisałem o mniejszym ośrodku?). Nasza godzina rozmowy kosztuje więc 50 złotych (6k/120), czyli minuta kosztuje raptem 83 grosze. Załóżmy średnią potrzebną do udzielenia porady na 5 minut - czyli w Polsce kosztowałoby to 4,15zł. To nie jest szczególnie dużo - ale nie jest to też mało za rozmowę telefoniczną. A dla Anglika? 73 pensy. Mniej niż piwo… Jak dla mnie to brzmi baaardzo interesująco :)

Dzień Kobiet, dzień Kobiet, niech każdy się dowie

8 March, 2007 (08:30) | Prywatne | By: vermin

Wszelkim realnym i potencjalnym czytelniczkom tego bloga oraz ogólnie wszelkim Paniom i Pannom z okazji Waszego święta wszystkiego najlepszego życzy vermin

Jak nie sprzedawać systemów informatycznych dużym firmom

8 March, 2007 (08:00) | Prywatne, inne (tech), reklama i okolice, tyrady | By: vermin

Wyobraźmy sobie, stricte teoretycznie, że pracuję gdzieś w trzewiach pewnej polskiej korpo. Załóżmy, że ta korpo planuje wykonać jakiś duży wewnętrzny projekt. Załóżmy, że wśród oferentów jest firma tworząca m.in. dedykowane rozwiązania, firma mająca własny, sprawdzony standard (nazwijmy go DynaBlaster), wdrożony w kilku innych, bardzo dużych jak na polskie realia przedsiębiorstwach. Standard opierający się na pewnym szeroko używanym przez wszystkich standardzie Blaster, standardzie, bez którego nie wyobrażamy sobie teraz wymiany informacji.

Korporacja, bo jest to o tyle ważne, ma tony dokumentów wewnętrznych - misję, wizję i strategię. A także opisywane ostatnio przez Costę znienawidzony działy zakupów oraz co ważniejsze - dział strategii. Wyobraźmy sobie teraz, że chcemy coś im sprzedać, a gdzieś w tej oceniającej rozwiązania kupie luda, (załóżmy hipotetycznie, że ową Radę Archistrategii tworzy 10 osób) jest 6 osób, które Twoje rozwiązanie jest obojętne, oraz 4 mające w głowie inne warianty/dostawców.

Nie ukrywajmy - Twoje rozwiązanie jest najlepsze, bo najlepiej spełnia cele biznesowe firmy (jak ostatnio usłyszałem - “w korowych kompetencjach pracowników IT musi być rozumienie biznesu”). Super. I tu właśnie popełniasz błąd.

Po pierwsze: Twoje rozwiązanie jest najlepsze, bo rozwiązanie jest ściśle dopasowane do oczekiwań jakie zdefiniuje biznes - czytaj drogie, skomplikowane do wdrożenia oraz trudne do integracji z toną istniejących już wewnętrznie rozwiązań firmy. Nie lepiej skupić się na ciut innych zaletach? Przeprowadzić mały zwiad i na początku powiedzieć jak ładnie się wkomponuje w istniejącą strukturę firmy? Warto byłoby.
Ale to nie to spowodowało porażkę naszego dostawcy.

Po drugie i najważniejsze. Standard. Właśnie DynaBlaster zgubił naszego dostawcę. Otóż “Technologia proponowana przez dostawcę (DynaBlaster) niezgodna z przyjętym standardem”. I to jedno proste zdanie w pliku PPT załatwia sprawę. Rada Archistrategii widząc coś takiego od razu projekt odrzuci. A wystarczyło zalobbować i wspomnieć o tym jaki Blaster jest fajny i że cokolwiek wybiorą aktualnie opiera się na Blasterze właśnie. Nawet pewna Fabryka Urządzeń Dźwigowych także biorąca udział w tym wyścigu, tak naprawdę proponując swoje rozwiązania, opiera się po części na Blasterze.

Cóż, sprzedając swoje nawet najdoskonalsze rozwiązania, należy przemyśleć strategię, nie zakładać błędnie, że każda korporacja jest taka sama i tak samo można jej naściemniać. Dodatkowo smaczku dodaje fakt, że firma, (teraz także część dużej międzynarodowej korpo), sprzedająca DynaBlastera wdraża także rozwiązanie, które na 99% wygra…

Na szczęście to wszystko to tylko hipotezy, zabawa i gra słów. Wszelkie podobieństwa do prawdziwych firm, ludzi, produktów są niezamierzone (i jeśli ktoś poda je wprost w komentarzach to…)

o sensie pisania bloga słów kilka

4 March, 2007 (15:05) | Prywatne, sql, tyrady, web | By: vermin

Strasznie zaskoczyła mnie wiadomość depesza, którego czytam i cenię ze wpisy techniczne z baz danych. Sam w końcu piszę technicznego bloga, przekładając go czasem jakimiś prywatnymi wstawkami, (które, swoją drogą ponoć mogą prowadzić do utraty czytelników - ale cóż, I don’t care (that much)), więc powstaje u mnie automatycznie autorefleksja - pocoto.

Czy przeglądam 5000 wpisów? Nie. W którymś z podcastów z SBSa, bodajże w numerze 20, człowiek z MS powiedział dość mądrze, że w obecnej chwili, przy tym zalewie informacji nie możemy pozwolić sobie na to, żeby wiedzieć wszystko. Czytam blogi ludzi piszących o interesującej mnie tematyce. Ba, z niektórych blogów filtruję tylko feedy tyczące się odpowiednich kategorii. W ten sposób mam szansę nie utonąć (za głęboko). Mam newsy mnie interesujące, mam porady, które mogą przydać mi się w przyszłości. Nie muszę czytać gazety/onetu/msn/bbc/chgw. Na podstawie tego co tam wyczytam powstaje jakiś mój punkt widzenia, rozszerzany w interesujących mnie kwestiach przez google/windows live. Jest to niewątpliwie świat sztuczny i przeżuty jak kanapka z McDonald’s, ale to w końcu technologia i ona ma prawo taka być. Prawdziwe życie mam domu i właśnie ucina sobie popołudniową drzemkę obok mnie.

Czy przestać pisać? Hmm, teraz mam na stronie kalendarz. Przez chwilę, bo on pokazuje tak naprawdę jak rzadko coś piszę. Ponieważ piszę wtedy, jak coś chcę przekazać. Komuś, sobie - bo w końcu wpisy techniczne przydają się czasem dla samego siebie (szczególnie jak coś się robi dość rzadko), a jeśli przydadzą się komuś - można się jedynie cieszyć. Jeśli ktoś wizytując tą stronę przy jakiejś tam okazji doda coś od siebie, wpisze cokolwiek, umówi się na piwo/wino/pepsi i pizzę to cool, zawsze miło poznać kogoś IRL bo to zazwyczaj rozszerza horyzonty.
Ale ad rem, zaśmiecać sieci swoimi treściami nie przestanę. Rzadziej lub częściej, ale pisać będę. Mam tonę rzeczy rozpoczętych do napisania i wiem, że kilka z nich nigdy nie ujrzy światła dziennego, ileś tam ich zostanie przesuniętych mocno w czasie - syn jest mocno absorbujący, a będziemy chcieli nie zakończyć rozwoju na jedym dziecku, (nie wspominając o czsochłonności pracy i własnym rozwoju, które idą dalej). Niemniej jest to dla mnie jakiś wkład w świat dzielenia się pomysłami/ideami/wiedzą - wiedzą, którą zdobywam na codzień w pracy/wykonując zlecenia/uczestnicząc w szkoleniach.

Podsumowując - mam nadzieję, że depesz zmieni zdanie (chociaż szanuję jego decyzję, bo to jego blog, jego życie). Bo za dużo jest bLogAskuff nastoletnich cichodajek głupich panien (by Pink), a za mało technicznej, strawnie podanej wiedzy popartej doświadczeniem. Czego wszystkim techies życzę.

09-12.03, London. Anyone for a beer?

3 March, 2007 (13:13) | Prywatne, non-tech | By: vermin

Ponieważ w wyżej wzmiankowanych dniach będę wizytował Lądek (konkretnym, ale nie jedynym powodem jest koncert NIN 11.03 w Brixton), jestem otwarty na pomysł wypicia jakiegoś piwka lub lampki wina. Tym razem nie planuję robić żadnego wardrivingu, ponieważ ruszam w wersji lite, nieuzbrojony w nowoczesną technologię. So… Anyone?

Wirtualne CocktailParty

22 February, 2007 (09:09) | Prywatne, web | By: vermin

Każde cocktail party powinno wyróżniać się jakąś zabawą - także blogowanie swoją zabawę ma. Zostałem właśnie do niej wciągnięty przez Michała Osmendę, a zabawa zwie się tagowanie. Zasady samej gry są proste - trzeba podać 5 mało znanych rzeczy o sobie (sidenote: a identity theft?) i podać piłeczkę dalej, do 5 kolejnych blogerów. Cóż, nie wiem czy szanowni czytelnicy mają ochotę na partyjkę tejże gry, niemniej zaczynamy!

  • Pierwszy komputer dostałem w 1991 pierwszym roku - w tym czasie wszyscy dostawali jakieś atarynki, commodore czy inne cuda, ale w ośrodku naukowym w którym pracowała moja Mama, doradzono jej, żeby kupiła coś innego. W ten sposób stałem się dumnym posiadaczem 12Mhz potwora, z 40Mb dysku, 1 Mb RAMu i bursztynową grafiką Hercules (którą to kupiła za wyszarpane z nagród za staż pracy i innych cudów rujnując prawie domowy budżet). Kawał historii informatyki przeszła ta maszyna, na której działałem pierwotnie pod DOSem 3.0, NC 1 albo Xtree, emulując dzielnie tryby graficzne w czasie kiedy dookoła ludzie mieli już 486 i grafiki VGA, bo w końcu taki wydatek to musiał przeżyć swoje lata… Swoją drogą, dzięki posiadaniu w wieku pacholęcym takiego sprzętu, którego nie bałem się otwierać, często biegałem po rodzinnym mieście w miejsca gdzie takie sprzęty się pojawiały powymieniać się programami, pomagałem naprawiać problemy. Patrząc teraz z perspektywy czasu - po prostu przygotowywałem się do bycie HelpDeskiem :-)
  • Moim pierwszym skasowanym plikiem było… (o przewrotności losu!) wipeinfo.exe z pakietu Norton Utilities 1. To przypadkowe skasowanie (”chyba tu była dłuższa lista zanim coś nacisnąłem - NC”) zmusiło mnie do nauki języka, przynajmniej w trybie opanowania interfejsu NC :) i nauczyło pewnej ostrożności w postępowaniu ze sprzętem komputerowym (znaczy - nie wszystko da się rozpoznać przez walkę)
  • Niestety ta ostrożność tyczyła się tylko komputerów. Mój pierwszy (trochę) skasowany samochód to Daewoo Espero, na które nie chciało mi się czekać i nie mając prawo jazdy ani pozwolenia właścicieli pojazdu wprowadziłem je, po wcześniejszym uprowadzeniu, do garażu tak, że potem to trzeba było już zaprowadzić je do lakiernika, żeby wyklepał i polakierował rozryty drzwiamy bok.
  • Zawsze lubiłem banany. Z nimi zresztą wiąże się wspomnienie z młodości, kiedy rodzice przywieźli w latach 80 kiść bananów, ja zszokowany ilością przekraczającą jedną sztukę, którą trzeba było się zazwyczaj dzielić z innymi dziećmi, nie mogłem uwierzyć, że to wszystko dla mnie :)
  • Chociaż pierwszym zespołem którego całej płyty świadomie się nauczyłem był REM z nieśmiertelnym albumem Automatic for the People, to pierwszy koncert rockowy na którym byłem to dopiero występ Aerosmith na stadionie Gwardii w 1994 roku. Od tamtej pory mój gust muzyczny ciut się zmienił, w nieznacznie mocniejszą stronę.

Szybkie płatności internetowe, czyli BZ WBK ssie

18 December, 2006 (23:02) | Prywatne, tyrady, web | By: vermin

W zasadzie lubię ten bank. Mam w nim konto od lat, niezłą historię rachunku, szeroki portfel usług. Znam miłe panie w moim oddziale. Nie wspomnę, że jest to bank poznańsko - wrocławski, więc powinien być zajefajny per se. Niestety ma jedną
“wspaniałą” rzecz, które obsysa po całości. W szczególności jak się porówną ją do konkurencji. Jest to rzecz prawie niepotrzebna użytkownikowi konta. Prawie, bo chodzi o przelewy.
Otóż próba przelania pieniędzy pomiędzy rachunkami (przelew drugiej osobie, spłata karty kredytowej) trwa conajmniej parę godzin. W takim mBanku - kilka sekund. Oczywiście, jeśli chodzi o to, to człowiek jeszcze ten policzek zniesie - ale miara się przelała. Musiałem dokonać szybkiego zakupu (1) oraz doładować konto w panelu zarządzania - ot, pora przedużyć jakąś domenkę (2). Co się dzieje? Cóż - od jakiegoś czasu transakcje wychodzące wykonane przez Przelew24 wiszą, allpay (przez którego to szło) nie potwierdza transakcji, czyli nie wiem, czy uda się dostać zamówienie przed świętami. Mógłbym przelać przez coś innego, ale nie za bardzo mam gdzieś takie środki, bo kwota nie mała dla mnie. Co do (2), to tam poradziłem sobie przez inteligo akurat - które ma swoje wady, niemniej podobnie jak mBank szybko obsługuje płatności internetowe. Jest to moment, kiedy nie szkodzą mi zwielokrotnione płatności - najwyżej kupię sobie jeszcze jakąś domenkę.

Swoją drogą interfejs BZ WBK potrafi być wk.. jak wdrażają coś nowego. W szczególności, jeśli to ma im zaoszczędzić koszty - chociazby darmowe wyciągi papierowe zmienić chcą na tylko elektroniczne. Zamieniają domyślne akcje, żeby wyświetliła się opcja zmiany zamiast historii konta. Ja rozumiem raz, ja rozumiem kilka logowań lub dzień. Ale oni nie znają umiaru i dopiero ostre krzyki klientów wyprostowały sprawę. Swoją drogą ogólnie ich interfejs do inteligo się nie umywa. Ooooh, wie schade…

Tak czy siak, drogie BZ WBK, ssiesz. Poza funduszem Arka nie licz na moje pieniądze, a jeśli tylko znajdę coś lepszego, to i marne pare groszy które tam trzymam pewnie zabiorę. Cóż, jak mówił Marek Kondrat w reklamie innego banku za którym nie przepadam - Banki nie są od tego żeby je lubić. Banki są od tego żeby zarabiały (czy jakoś tak).

najważniejszy dzień w życiu mężczyzny

28 November, 2006 (20:52) | Prywatne, non-tech | By: vermin

Najważniejszy z powodów, które powodują ostatnio moją absencję w świecie sieci i systemów dziś przyszedł na świat. 3290g, 55cm, ocena w rankingach: 10/10 Nie, to nie żaden serwer - to SYN!
(ACK dostałem od lekarza, chociaż w sumie to byłem przy przyjmowaniu pakietu na ten świat :D)

Poranek

22 November, 2006 (10:34) | Prywatne, tyrady | By: vermin

Abstrakcyjną dla mnie sytuacją jest otworzyć samochód, zdziwić się skąd w środku jest szkło i dopiero wtedy dostrzec, że brak jest szyby od strony pasażera. Cóż, not anymore… :(

Nike 2006

2 October, 2006 (06:31) | Prywatne, non-tech, tyrady | By: vermin

Wstałem dziś tak jak zwykle, o 5:30. Czarny świt jest za oknami , a mgły snują się po mieście. Zjadłem kawę jak zwykle, jak zwykle się ogoliłem. Wyszedłem z domu, na samochód zaczekałem. Gdy samochód przyjechał ledwo wlazłem do środka. W końcu jest cholernie rano , ledwom siebie w lusterku spotkał. Nagle spiker w radiu krzyknął - spójrzcie na wystawy tam! Patrzę, Jezu, wartość Nike obniżona o 100%!

Zainspirowany prozą autorki, która jest tegoroczną zdobywczynią Nike, pełnię i głębię przekazu odkrytą w Pawiu Królowej ukryłem w źródle. Względnie w alternatywnym arkuszu CSS. Niestety(?), hip-hop-bęc-bum nie jest moją muzyką, więc oparłem się na tej, która jest mi bardziej znana i lubiana.