vermin.eu.org

Specjalista IT na tru^Hopie

Entries Comments



Category: tyrady


Zarabianie na byciu “ekspertem” w Polsce i to zdalnie?

8 March, 2007 (13:47) | Prywatne, inne (tech), tyrady | By: vermin

Paweł Tkaczyk zamieścił na swoim blogu ciekawy wpis o wbudowanej w nową (wciąż beta) wersję Skype, która może być początkiem budowy ciekawego systemu pomocy ludziom - szczególnie przez ludzików z biedniejszych krajów (np. z Polski).
Otóż nowa wersja Skype zawierać będzie możliwość porozmawiania z “ekspertem” via Skype. Oczywiście ekspertem może być każdy - niemniej ponoć pojawić się ma katalog, pozwalający ocenić rozmówcę.

To jest naprawdę ciekawa możliwość dla IT - budujemy sobie mały labik (virtuale), ustalamy zakres naszych kompetencji i startujemy. Co ciekawe to może tak naprawdę być bardzo prostym rozwiązaniem - wyobraźmy sobie, że jesteśmy np. takim Anglikiem (ta nacja ponoć, jak ostatnio czytałem, nie radzi sobie z technologią), potrzebujemy pomocy. Odpalamy komputer (załóżmy, że on jednak działa i ktoś mu tego Skype zainstalował) lub telefon stacjonarny (?nie wiem czy taka opcja będzie?) i dzwonimy. Osoba po drugiej stronie to znający język, wykształcony i być może wykwalifikowany specjalista.

Ile można zarobić? Cóż - załóżmy, że pracujemy 160 godzin miesięcznie, z czego 120 godzin (jeśli uda się zdobyć renomę) to będzie czysta rozmowa - reszta to minimalny czas na doszkalanie. Mieszkamy w mniejszym ośrodku i żeby być usatysfakcjonowanym wystarczy nam zarobek rzędu 5-6k brutto (pisałem o mniejszym ośrodku?). Nasza godzina rozmowy kosztuje więc 50 złotych (6k/120), czyli minuta kosztuje raptem 83 grosze. Załóżmy średnią potrzebną do udzielenia porady na 5 minut - czyli w Polsce kosztowałoby to 4,15zł. To nie jest szczególnie dużo - ale nie jest to też mało za rozmowę telefoniczną. A dla Anglika? 73 pensy. Mniej niż piwo… Jak dla mnie to brzmi baaardzo interesująco :)

Jak nie sprzedawać systemów informatycznych dużym firmom

8 March, 2007 (08:00) | Prywatne, inne (tech), reklama i okolice, tyrady | By: vermin

Wyobraźmy sobie, stricte teoretycznie, że pracuję gdzieś w trzewiach pewnej polskiej korpo. Załóżmy, że ta korpo planuje wykonać jakiś duży wewnętrzny projekt. Załóżmy, że wśród oferentów jest firma tworząca m.in. dedykowane rozwiązania, firma mająca własny, sprawdzony standard (nazwijmy go DynaBlaster), wdrożony w kilku innych, bardzo dużych jak na polskie realia przedsiębiorstwach. Standard opierający się na pewnym szeroko używanym przez wszystkich standardzie Blaster, standardzie, bez którego nie wyobrażamy sobie teraz wymiany informacji.

Korporacja, bo jest to o tyle ważne, ma tony dokumentów wewnętrznych - misję, wizję i strategię. A także opisywane ostatnio przez Costę znienawidzony działy zakupów oraz co ważniejsze - dział strategii. Wyobraźmy sobie teraz, że chcemy coś im sprzedać, a gdzieś w tej oceniającej rozwiązania kupie luda, (załóżmy hipotetycznie, że ową Radę Archistrategii tworzy 10 osób) jest 6 osób, które Twoje rozwiązanie jest obojętne, oraz 4 mające w głowie inne warianty/dostawców.

Nie ukrywajmy - Twoje rozwiązanie jest najlepsze, bo najlepiej spełnia cele biznesowe firmy (jak ostatnio usłyszałem - “w korowych kompetencjach pracowników IT musi być rozumienie biznesu”). Super. I tu właśnie popełniasz błąd.

Po pierwsze: Twoje rozwiązanie jest najlepsze, bo rozwiązanie jest ściśle dopasowane do oczekiwań jakie zdefiniuje biznes - czytaj drogie, skomplikowane do wdrożenia oraz trudne do integracji z toną istniejących już wewnętrznie rozwiązań firmy. Nie lepiej skupić się na ciut innych zaletach? Przeprowadzić mały zwiad i na początku powiedzieć jak ładnie się wkomponuje w istniejącą strukturę firmy? Warto byłoby.
Ale to nie to spowodowało porażkę naszego dostawcy.

Po drugie i najważniejsze. Standard. Właśnie DynaBlaster zgubił naszego dostawcę. Otóż “Technologia proponowana przez dostawcę (DynaBlaster) niezgodna z przyjętym standardem”. I to jedno proste zdanie w pliku PPT załatwia sprawę. Rada Archistrategii widząc coś takiego od razu projekt odrzuci. A wystarczyło zalobbować i wspomnieć o tym jaki Blaster jest fajny i że cokolwiek wybiorą aktualnie opiera się na Blasterze właśnie. Nawet pewna Fabryka Urządzeń Dźwigowych także biorąca udział w tym wyścigu, tak naprawdę proponując swoje rozwiązania, opiera się po części na Blasterze.

Cóż, sprzedając swoje nawet najdoskonalsze rozwiązania, należy przemyśleć strategię, nie zakładać błędnie, że każda korporacja jest taka sama i tak samo można jej naściemniać. Dodatkowo smaczku dodaje fakt, że firma, (teraz także część dużej międzynarodowej korpo), sprzedająca DynaBlastera wdraża także rozwiązanie, które na 99% wygra…

Na szczęście to wszystko to tylko hipotezy, zabawa i gra słów. Wszelkie podobieństwa do prawdziwych firm, ludzi, produktów są niezamierzone (i jeśli ktoś poda je wprost w komentarzach to…)

o sensie pisania bloga słów kilka

4 March, 2007 (15:05) | Prywatne, sql, tyrady, web | By: vermin

Strasznie zaskoczyła mnie wiadomość depesza, którego czytam i cenię ze wpisy techniczne z baz danych. Sam w końcu piszę technicznego bloga, przekładając go czasem jakimiś prywatnymi wstawkami, (które, swoją drogą ponoć mogą prowadzić do utraty czytelników - ale cóż, I don’t care (that much)), więc powstaje u mnie automatycznie autorefleksja - pocoto.

Czy przeglądam 5000 wpisów? Nie. W którymś z podcastów z SBSa, bodajże w numerze 20, człowiek z MS powiedział dość mądrze, że w obecnej chwili, przy tym zalewie informacji nie możemy pozwolić sobie na to, żeby wiedzieć wszystko. Czytam blogi ludzi piszących o interesującej mnie tematyce. Ba, z niektórych blogów filtruję tylko feedy tyczące się odpowiednich kategorii. W ten sposób mam szansę nie utonąć (za głęboko). Mam newsy mnie interesujące, mam porady, które mogą przydać mi się w przyszłości. Nie muszę czytać gazety/onetu/msn/bbc/chgw. Na podstawie tego co tam wyczytam powstaje jakiś mój punkt widzenia, rozszerzany w interesujących mnie kwestiach przez google/windows live. Jest to niewątpliwie świat sztuczny i przeżuty jak kanapka z McDonald’s, ale to w końcu technologia i ona ma prawo taka być. Prawdziwe życie mam domu i właśnie ucina sobie popołudniową drzemkę obok mnie.

Czy przestać pisać? Hmm, teraz mam na stronie kalendarz. Przez chwilę, bo on pokazuje tak naprawdę jak rzadko coś piszę. Ponieważ piszę wtedy, jak coś chcę przekazać. Komuś, sobie - bo w końcu wpisy techniczne przydają się czasem dla samego siebie (szczególnie jak coś się robi dość rzadko), a jeśli przydadzą się komuś - można się jedynie cieszyć. Jeśli ktoś wizytując tą stronę przy jakiejś tam okazji doda coś od siebie, wpisze cokolwiek, umówi się na piwo/wino/pepsi i pizzę to cool, zawsze miło poznać kogoś IRL bo to zazwyczaj rozszerza horyzonty.
Ale ad rem, zaśmiecać sieci swoimi treściami nie przestanę. Rzadziej lub częściej, ale pisać będę. Mam tonę rzeczy rozpoczętych do napisania i wiem, że kilka z nich nigdy nie ujrzy światła dziennego, ileś tam ich zostanie przesuniętych mocno w czasie - syn jest mocno absorbujący, a będziemy chcieli nie zakończyć rozwoju na jedym dziecku, (nie wspominając o czsochłonności pracy i własnym rozwoju, które idą dalej). Niemniej jest to dla mnie jakiś wkład w świat dzielenia się pomysłami/ideami/wiedzą - wiedzą, którą zdobywam na codzień w pracy/wykonując zlecenia/uczestnicząc w szkoleniach.

Podsumowując - mam nadzieję, że depesz zmieni zdanie (chociaż szanuję jego decyzję, bo to jego blog, jego życie). Bo za dużo jest bLogAskuff nastoletnich cichodajek głupich panien (by Pink), a za mało technicznej, strawnie podanej wiedzy popartej doświadczeniem. Czego wszystkim techies życzę.

IMAP anyone?

21 February, 2007 (20:14) | tyrady, web | By: vermin

Mam Ci ja domenkę, którą hostuję sobie w sharedhostingu. Ostatnio niemniej pojawiła się rodzinna konieczność dostępu do poczty w owej domence z kilku miejsc naraz, bez ściągania tego przez przypadek w jedno miejsce, z zachowaniem iformacji o tym, że poczta jest przeczytana, oflagowana, wysłana została odpowiedź czy jakoś tak.
No i tu pojawił się problem - otóż o ile wszyscy wspaniali dostawcy (duży, masowy, dobre łącza, relatywnie tani, polski interfejs obsługi) mają w miarę interesującego webmaila, (który wewnętrznie działa zazwczyaj na IMAP właśnie), to dostęp do poczty przez ten protokół kuleje do tego stopnia, że go właściwie nie ma. Znaczy, np. AZ miał dostęp do IMAP/IMAPS, niemniej był on tak nieoficjalny, że jak go zamknęli, to nikt się nawet nie przyznał, że można było w ten sposób z poczty korzystać ;-) No i co tu zrobić?

P.S. Nie mogę się powstrzymać, żeby przy okazji nie przypomnieć, że Outlook 2003 (ciekawe jak 2007, trzeba sprawdzić) ssie maksymalnie i jest DD. Programista, który pisał ten fragment kodu palił towar, który spowodował, że zapomniał zupełnie o programowaniu współbieżnym, zapomniał zupełnie o przetestowaniu tego fragmentu kodu na wolnym łączu, zapomniał o specyfice protokołu. Mógłbym tak długo, ale… heh.

Dlaczego LOT upadnie…

1 February, 2007 (00:31) | non-tech, tyrady | By: vermin

Polskie Linie Lotnicze LOT, to dobre linie. Chociaż nie mają swoich samolotów (naprawdę!), to jednak dobre linie, z dobrym jedzeniem (tfu tfu KLM), przyjemnymi extrasami i miła obsługą. Szkoda jedynie, że subsydiują swoje “tanie linie”, którym do taniości niestety daleko. Zazwyczaj preferują polskie firmy, nawet, jeśli wychodzą delikatnie gorzej finansowo niż konkurencja. Niemniej w badanym przez mnie okresie, na trasie Warszawa (ew. Łódź) - Londyn różnica pomiędzy róznymi liniami wyniosła od 472 pln (Centralwings) do 235 pln (Wizzair). To gruba przesada! (Ryan i easyJet byli w środku stawki)

A najgorsze jest to, że CW nie tylko odpadają we wstepnej prezentacji cen, kiedy nielatający człowiek podejmuje pierwszą decyzję, ale najostrzej kantują przy check-out, kiedy już musimy płacić. Mają dodatkową, niewliczoną w typowe koszty 22 złotową opłatę paliwową w każdą stronę. Ja wiem, że inne firmy też tak mają, ale one to piszą na etapie kalkulacji, a nie maczkiem na końcu!
Dodatkowo niestety CW ma jakieś makabryczne opłaty za płatność kartą kredytową/debetową/visa electron (nie wspomnę o narzucie przy przelewie!). Inne linie mają wynegocjowane zdecydowanie lepsze warunki chyba, bo nie dość, że płacąc elektronem potrafię mieć minimalny narzut, to nawet przy płatności kredytówką w easyJet nie ma takich cudów…
Reasumując - przy dalszej takiej polityce, to te linie polecą. W dół.

A na marginesie - dlaczego London? Cóż, Nine Inch Nails nadal nie robią trasy koncertowej w PL, więc trzeba się udać w jakieś inne miejsce. Swoją drogą, jeśli ktoś ma ochotę spotkać się na piwie w Lądku w drugi weekend marca - zapraszam :)

Szybkie płatności internetowe, czyli BZ WBK ssie

18 December, 2006 (23:02) | Prywatne, tyrady, web | By: vermin

W zasadzie lubię ten bank. Mam w nim konto od lat, niezłą historię rachunku, szeroki portfel usług. Znam miłe panie w moim oddziale. Nie wspomnę, że jest to bank poznańsko - wrocławski, więc powinien być zajefajny per se. Niestety ma jedną
“wspaniałą” rzecz, które obsysa po całości. W szczególności jak się porówną ją do konkurencji. Jest to rzecz prawie niepotrzebna użytkownikowi konta. Prawie, bo chodzi o przelewy.
Otóż próba przelania pieniędzy pomiędzy rachunkami (przelew drugiej osobie, spłata karty kredytowej) trwa conajmniej parę godzin. W takim mBanku - kilka sekund. Oczywiście, jeśli chodzi o to, to człowiek jeszcze ten policzek zniesie - ale miara się przelała. Musiałem dokonać szybkiego zakupu (1) oraz doładować konto w panelu zarządzania - ot, pora przedużyć jakąś domenkę (2). Co się dzieje? Cóż - od jakiegoś czasu transakcje wychodzące wykonane przez Przelew24 wiszą, allpay (przez którego to szło) nie potwierdza transakcji, czyli nie wiem, czy uda się dostać zamówienie przed świętami. Mógłbym przelać przez coś innego, ale nie za bardzo mam gdzieś takie środki, bo kwota nie mała dla mnie. Co do (2), to tam poradziłem sobie przez inteligo akurat - które ma swoje wady, niemniej podobnie jak mBank szybko obsługuje płatności internetowe. Jest to moment, kiedy nie szkodzą mi zwielokrotnione płatności - najwyżej kupię sobie jeszcze jakąś domenkę.

Swoją drogą interfejs BZ WBK potrafi być wk.. jak wdrażają coś nowego. W szczególności, jeśli to ma im zaoszczędzić koszty - chociazby darmowe wyciągi papierowe zmienić chcą na tylko elektroniczne. Zamieniają domyślne akcje, żeby wyświetliła się opcja zmiany zamiast historii konta. Ja rozumiem raz, ja rozumiem kilka logowań lub dzień. Ale oni nie znają umiaru i dopiero ostre krzyki klientów wyprostowały sprawę. Swoją drogą ogólnie ich interfejs do inteligo się nie umywa. Ooooh, wie schade…

Tak czy siak, drogie BZ WBK, ssiesz. Poza funduszem Arka nie licz na moje pieniądze, a jeśli tylko znajdę coś lepszego, to i marne pare groszy które tam trzymam pewnie zabiorę. Cóż, jak mówił Marek Kondrat w reklamie innego banku za którym nie przepadam - Banki nie są od tego żeby je lubić. Banki są od tego żeby zarabiały (czy jakoś tak).

The death of one is a tragedy, The death of a million is just a statistic (polskie media się amerykanizują)

23 November, 2006 (22:06) | tyrady | By: vermin

Ten tekst Marylin Manson jest oczywiście trawestacją znanego powiedzenia Stalina - “One death is a tragedy; a million is a statistic” (ktoś wie, jak to idzie w oryginale?). W wypadkach drogowych, w pierwszej połowie 2005 roku zginęło 2282 osób, w pierwszej połowie 2006 roku zginęło 1981, z czego na Śląsku odpowiednio 186 i 165. Codziennie w Polsce ginie więc ponad 10 osób w wypadkach drogowych. W wypadkach przy pracy w Polsce w całym roku 2004 zginęło 490 osób. Czemu się o tym nie mówi?

Cóż - nasze kochane media poszły w najgorszym możliwym kierunku - czyli amerykańskim. Na szczęście nie dochodzi jeszcze (lub też ja w mojej ograniczonej percepcji krajowych mediów, których unikam, tego nie zauważyłem) do sytuacji, kiedy nakręca się wszystko z powodu jednej osoby, chociaż chyba do tego już nie daleko. Dlaczego tak uważam? Bo co nie otworzę portalu WWW, to w czerni. Co nie włączę telewizji pseudo-informacyjnej, to Śląsk. Co nie włączę filmu, to pasek na dole mówi o tym co tam się zdarzyło. Czy my naprawdę daliśmy się tak zwariować? Czy to naprawdę takie ważne, jesli ludzie giną codziennie, pokazywać wypadek w kopalni? I to cały dzień (a nawet dwa)?

Ja nie umniejszam tragedii ludzi, którzy tam zginęli. Każda śmierć jest tragedią - śmierć w pracy, przy pracy, w łóżku, w polu, podczas zabawy. Każda śmierć przerywa pewien proces życia, pozostawiając zarówno pytania typu “co by było gdyby?”, “dlaczego?” oraz wielki smutek z którym ludzie muszą sobie poradzić albo sami albo w grupach wsparcia. Ale w ten sposób, a nie będąc pożywką dla milionów żywiących się goovnem bakterii siedzących przed telewizorami dla których dzielni reporterzy pokazują kobietę, której szalona wręcz rozpacz jest porażająca i którą nawet w tej sytuacji odziera się z intymności!

Nie wiem dlaczego nasze media, mające MISJĘ SPOŁECZNĄ, (bo programy a’la superexpress, czyli TVNowska Uwaga i inne Polshitowe goovna mają to akurat w misji i wizji - “Będziemy nieść najbardziej chore wiadomości, pokazywac najwięcej krwi i anormlanych zachowań w celu zwiększenia oglądalności i napełnienia portfeli naszych właścicieli”), nie propagują jakichś lepszych akcji, gdzie faktycznie potrzebna jest egzemplifikacja pewnych zjawisk na konkretnych przykładach w celu poruszenia sumień np. “pijanych kierowców”.
Nie wiem.

Nothing suffocates you more than
the passion of everyday human events
and isolation is the oxygen mask
you make your children breath in to survive

Źródło: Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego (kto wiedział, że coś takiego istnieje - ręka do góry) oraz Centralny Instytut Ochrony Pracy

Poranek

22 November, 2006 (10:34) | Prywatne, tyrady | By: vermin

Abstrakcyjną dla mnie sytuacją jest otworzyć samochód, zdziwić się skąd w środku jest szkło i dopiero wtedy dostrzec, że brak jest szyby od strony pasażera. Cóż, not anymore… :(

Czy internet jest ponadnarodowy?

10 October, 2006 (20:22) | inne (tech), tyrady | By: vermin

Jedna firma pozywa drugą - chodzi o treści jakie jedna z domen wypisuje o drugiej. Każda z nich znajduje się w innym kraju, każda ma swoją domenę internetową. W toku postępowania sądowego, jak to się dzieje prędzej czy później, jedna z firm wygrywa. Ponieważ strona przegrywająca twierdzi, że postępowanie nie odbyło się w sądzie właściwym dla tej firmy, odmawia zastosowania się do wyroku. W związku z tym strona, która wygrała proces prosi sąd o wydanie nakazu usunięcia domeny. Domeny znajdującej się “prawie” na terenie kraju firmy pozywającej. W tym wypadku chodzi o domenę TLD, bez wskazania narodowego. Co powinien zrobić sąd i ‘organy trzymające władzę’ (tu: internet).

TLD zawiaduje ICANN, który mieści się w USA. Pierwsza firma (tu: uważana za spamerską e360 Insight), także mieści się w USA. Druga (tu: jeden z RBLi - spamhause.org) poza granicami tego kraju.

Zastanawiam się nad regulacjami prawnymi tyczącymi się tej sprawy. Jeśli przyjmujemy, że poprzez postawienie serwera gdzieś w świecie, jeśli łamiemy jakieś (a szczególnie amerykańskie!) obowiązujące gdziekolwiek wg widzimisie dowolnego rządu prawo i musimy się do niego stosować - to ja przepraszam.

Dzięki takim interpretacjom powinniśmy zamykać serwisy opisujące to co się dzieje w Tybecie, Białorusi, Czeczenii oraz innych zapalnych miejscach świata - w końcu łamią one jakieś prawo, gdzieś tam obowiązujące. Ba, jeśli powołałbym do życia jakieś bananowe państwo (załóżmy, że mam odpowiednią k’temu ilość pieniędzy), to mógłbym sam wydać prawa ograniczające to co się pisze na świecie. Jeszcze niedawno nie przeszkadzało mi, że amerykanie zawiadują siecią. Teraz zaczynam się zastanawiać, czy zawiadywanie siecią powinno być na pewno gdziekolwiek umiejscowione? Czy jakikolwiek rząd powinien móc ograniczać to co się w sieci pisze (poza treściami ogólnie przyjęte za zbrodnicze - faszyzm, komunizm, etc.)?

Cóż - z organizacji międzynarodowych pozostaje małosprawny ONZ, ale lepsze chyba byłoby to niż nic? Czy też może uznać sieć obszar, gdzie prawa międzynarodowe nie obowiązują i stosują się tam tylko zasady prawa… międzynarodowego. Dziwny temat, ale widać, że sieć zaczyna powoli mieć własną państowowość i nagle trzeba mocno zacząć się przejmować prawem. Może mocniej nawet niż administracją systemem? Bo w końcu jak uczy nas polityka - system to zło :-)

Nike 2006

2 October, 2006 (06:31) | Prywatne, non-tech, tyrady | By: vermin

Wstałem dziś tak jak zwykle, o 5:30. Czarny świt jest za oknami , a mgły snują się po mieście. Zjadłem kawę jak zwykle, jak zwykle się ogoliłem. Wyszedłem z domu, na samochód zaczekałem. Gdy samochód przyjechał ledwo wlazłem do środka. W końcu jest cholernie rano , ledwom siebie w lusterku spotkał. Nagle spiker w radiu krzyknął - spójrzcie na wystawy tam! Patrzę, Jezu, wartość Nike obniżona o 100%!

Zainspirowany prozą autorki, która jest tegoroczną zdobywczynią Nike, pełnię i głębię przekazu odkrytą w Pawiu Królowej ukryłem w źródle. Względnie w alternatywnym arkuszu CSS. Niestety(?), hip-hop-bęc-bum nie jest moją muzyką, więc oparłem się na tej, która jest mi bardziej znana i lubiana.

Office 2007 i jego odmiany

18 September, 2006 (08:39) | office, tyrady | By: vermin

Dobre programy zamieściły porównanie wersji nowego pakietu biurowego MS Office. Widać rozrost ilości aplikacji, widać rozrost ilości wersji. To czego mi cholernie brakuje, to możliwość komponowania swoich odmian.

Odmiana pierwsza. Zwykłemu użytkownikowi biurowemu wystarcza czasem sam Word. Jeśli ma potrzebę korzystania z outlooka, to zazwyczaj pewnie i tak dostanie go z Exchange’a (mało widziałem ludzi, którym ot tak sobie potrzebny jest duży outlook z jego możliwościami zarządzania kontaktami).

Odmiana druga. Do powyższej pozycji dodałbym Excela - pozwala już na tworzenie prostej bazy danych (wiele ludzi go do tego wykorzystuje) - jest taka odmiana i chwała im za to (chociaż znów - wielu ludziom nie jest potrzebny outlook).

Odmiana trzecia - dla menedżera, teoretycznie SBE. Przydatne jest rozszerzenie outlooka o kontakty biznesowe, chociaż znów, jeśli firma jest większa to i tak ma jakiś tam system CRM, więc ta wersja im odpada. Oczywiście można tu dywagować dlaczego mi to przeszkadza? Otóż wszystko jest w porządku, ale ten moduł jest także w wersji proffesional, której raczej small business nie kupi… Dlaczego nie można z tego dodatku zrobić stand-alone, albo właśnie opcji rozszerzenia?
I po co mi ten cholerny publisher?

Odmiana czwarta - power user. Excel, Word, Outlook (bez dodatków), Access (wiem czego chcę i po co mi to), InfoPath (bo będę tworzył pracę innym). Ale po co mi publisher? Po co mi cała reszta badziewia? Tak naprawdę powinna istnieć możliwość zakupienia tych dodatków on-line do wersji basic, jako add-on. Pozwoliłoby to firmom łatwiej rozwijać pakiety oprogramowania w miarę rozrostu pewnych stanowisk a także ułatwiłoby przenoszenie tego extra oprogramowania pomiędzy stacjami.

Kolejnym tematem jest oczywiście chora polityka licencjonowania pakietu Office. Weźmy pod rozwagę małą firmę. Zaczynamy od jednego, dwóch komputerów. Oczywiście ze względów oszczędnościowych kupujemy OEM. Po jakimś czasie kupujemy kolejne dwa komputery (biznes jak widać ‘wypalił’). Znów OEM. Idąc tą ścieżką po jakimś czasie mam ileś tam OEMów, w różnych wersjach. Problemy z tym podejściem są dwa:

  1. Nie mogę skonwertować OEMów na licencję grupową (nawet za partial pay), która pozwoliłaby mi łatwiej zarządzać licencjami w firmie
  2. Nie mogę przenosić łatwo oprogramowania pomiędzy komputerami - a okazuje się, że pracownik, który wcześniej działał tylko na Excelu nagle jednak potrzebuje Accessa, przyda mu się Infopath (ot, rozwinął się).

Gdyby office składał się z kilku komponowalnych składników, mógłbym łatwo dodać do tego co mam nowe opcje - a tak muszę kupować nowy komputer… z OEM :) a stary dać nowemu pracownikowi albo wymyślić inne jego przeznaczenie.
Tak - wiem. Gdybym miał pakiet grupowy, to nie byłoby problemu, mógłbym spokojnie przenosić office. Ale znów - nie chcę przepłacać i płacić za aplikacje, których moi pracownicy nie będą wykorzystywać! I skąd mogłem wiedzieć, że tak rozwinie się sytuacja? Rozwój biznesu ewidentnie powoduje konieczność ponoszenia podwójnych wydatków na oprogramowanie MS (najpierw kupię OEM, a potem kupię nie dość, że jeszcze taz to za dużo aplikacji w MOLPie).
Gratuluję MS podejścia do Small Biznesu. Dopóki nie zmieni się pewne myślenie, to cały czas będzie to dobre oprogramowanie - ale dla enterprise/home user. Rozwijający się biznes, patrzący poważnie na koszty wybierze trzecią drogę - bo na szczęście jakaś jest.

poprawki…

3 September, 2006 (07:12) | Prywatne, tyrady | By: vermin

Nigdy nie zabieraj się za poprawianie czegoś, dopóki nie wiesz jak to działa. Potem będziesz miał krotność pracy włożonej w poprawę - przywrócenie stanu poprzedniego + nowe modyfikacje… Mądry Polak po szkodzie?

Interfejs ebanku BZ WBK, czyli jak utrudniać życie

31 July, 2006 (11:22) | Prywatne, bezpieczeństwo, inne (tech), tyrady, web | By: vermin

Podejrzewam, że nikt ze wspaniałej instytucji działającej pod egidą Allied Irish Bank tego nie przeczyta, ale cóż - w końcu od tego jest blog, żeby ‘dać wyraz fragmentom moich myśli’.

BZ WBK zmienił swój system logowania - zamiast standardowego formularza login/hasło mamy na pierwszym ekranie login, a na drugim ekranie (przeładowanie w przeglądarce - żaden AJAX), hasło. Nie jest to jednak zwykłe pole formularza, ale kratki na poszczególne literki hasła - przy długim haśle wyłączając niektóre litery na zasadzie autentykacji telefonicznej, (podaj. drugą. cyfrę. hasła, podaj. piątą. cyfrę. hasła).
Wszystko fajnie, zmiana systemu logowania jest może i bezpieczeniejsza - ale tylko wtedy, kiedy wymusi się zmianę polityki haseł z tych krótkich haseł domyślnych (4 cyfrowy PIN w zasadzie) na dłuższe - inaczej to tylko wkurza, ponieważ pola z formularza za wolno się przełączają (testowałem pod kilkoma przeglądarkami). Nie muszę dodawać, że o polityce haseł nie ma tam ani słowa?
Oczywiście rozumiem dlaczego tak się stało - za dużo ostatnio spywaru i trojanów czytających pola z formularzy WWW, ale swoją drogą zastanawia mnie dlaczego aż tak bardzo utrudniają zwykłemu użytkownikowi życie, jeśli żadnej operacji po zalogowaniu się do konta nie przeprowadzę bez potwierdzenia kodem z tokena lub SMSem? W sumie jeśli ktoś zobaczy ile mam na koncie to aż tak wiele złego się nie stanie (no dobra - będą na mnie mówić Kenny zamiast vermin ;-))

To w zasadzie by mnie jeszcze nie zdenerwowało, gdyby nie kolejny kamyczek - i to już moim zdaniem nie mały. Ogromnie denerwujące jest to, skoro Bank tak walczy o bezpieczny interfejs, iż tuż po zalogowaniu się wyskakują jakieś pop-upy z reklamą banku, które sprawiają wrażenie jakby jakiś spyware się ładował. Przecież to jakaś paranoja?

Całkowicie przy okazji - kwestia usability. Bank wprowdził nową usługę - ewyciąg. Ciekawa być może usługa (nie dla mnie - już się przekonałem, że gdziekolwiek w Polsce papier - to papier), ale zajęła domyślne miejsce przycisku historia konta, która dla mnie była szczególnie istotna (co tam wpłynęło albo jakim płatnościom nie udało się pokonać mojego niskiego stan posiadania?)
Dla mnie takie wiadomości powinna zawierać jakieś newslettery (subskrybuję - ale nie przychodzą), a może informacja na stronie logowania? Szkoda także, że bank nie czerpie z doświadczeń konkurencji - np. kliknięcie w saldo pokazuje od razu historię, kliknięcie w opis - pokazuje dane. Na dodatek brakuje np. możliwość filtrowania wyciągu na stronie wg typu, kwot, kontrahenta czy czegokolwiek. Jedynym plusem jest eksport wyciągu do CSV/Excel…

Ponieważ wysłałem do Banku zapytanie w powyższej sprawie (security) - czekam na jakąś odpowiedź. Hehe - już ją widzę… eufemistycznie mówiąc ‘na drzewo (eufemistycznie bardzo) robaku’. Na dodatek pewnie nie odniosą się nawet do połowy treści mojego zapytania - a taka szkoda, bo w końcu naprawdę lubię ten Bank… No, ale cóż, jak mówi reklama ING, (którego nie lubię) - banki nie są od lubienia, są od zarabiania pieniędzy (ponoć także dla klientów? ;-)).

Edit: szybkie google pokazało, że nie tylko mnie nowy interfejs nie sprawia przyjemności

SBS R2 - może wypalimy go jeszcze raz?

29 July, 2006 (22:30) | microsoft, sbs, sql, tyrady | By: vermin

Microsoft zdecydował się, żeby wycofać SBS R2, który miał status RTM i właściwie to już tam był! Powód? Podczas audytu oprogramowania okazało się, że część kodu R2 jest w wersjach… nie zakończonych (beta?). Płyty dotarły ponoć jedynie partnerów (OEM, System Builder, Dystrybutorzy), więc w zasadzie to tylko “drobne” opóźnienie (chociaż znów u tych wymienionych proces tworzenia obrazów, testów i takich tam rozpocznie się od nowa…).

Przy okazji wizyty na blogu MS Smallbiz, rzuciła mi się w oczy tabela kosztów upgradu SBSa z 2003 SP1 do R2. Powiem w skrócie - porażka! I to totalna! Nie dość, że R2 w wersji premium to w zasadzie nowy SQL 2005 (ok, dla niektórych to może być ważne i warte ceny - ale jak dla mnie większość znanych mi app wciąż wymaga i wspiera SQL Server 2000), WSUS (który jest DARMOWY) no i rozszerzenie CALi (przydatne naprawdę jedynie w dużych wdrożeniach SBSa - no bo kogo stać na drugą instancję normalnie cenionego Exchange?)

A najśmieszniejsze jest, że jeśli kupiło się OEM to upgrade do R2 jest za darmo - w ramach takiego pseudo Software Assurance - Technology Upgrade Program. No tak - tylko kto poważny kupuje OEM oprogramowania, jakby nie było serwerowego, znając jego ograniczenia (weź zrób cold-backup albo szybko przenieś na inną maszynę…)? PORAŻKA, ot co :(

Konsultant to zły darmozjad, z którego usług się nie korzysta?

28 July, 2006 (08:37) | inne (tech), tyrady | By: vermin

Na jednym z forów, na których się mocno udzielam ostatnio jakiś ktoś (Ktoś - nie Ty), do Servera SBS Premium - czyli zawierającego dwa dodatkowe i duże produkty MS, czyli ISA Server oraz SQL Server poprosił o step-by-step guide… nie o konfigurację tych zaawansowanych usług, ale de facto o podstawową konfigurację sieci (jaki ip gdzie i dlaczego) - dobrze, że nie spytał gdzie to ustawić - chociaż do tego też może dojdzie…

Zastanawia mnie - dlaczego do takiego ewidentnego wdrożenia nie zatrudnia się konsultanta, jeśli sam się człowiek nie czuje na siłach? Nie lepiej mieć sieć ładnie ustawioną, wykonaną dokumentację, zrobione backupy i dopiero wtedy psuć samemu i się douczać? To naprawdę nie jest hańba korzystać z zewnętrznych konsultantów, żeby zrobić coś, czego samemu się nie potrafi… Chyba, że to nieprodukcyjne środowisko, ale wtedy dlaczego pytać a nie poeksperymentować samemu?

No tak, ale jak w społeczeństwie, gdzie większość ‘informatyków’ to Zosie-Samouki, które przecież wiedzą jak się ustawia serwer i adres IP (RAV - to nie do Ciebie tu piję), bo sobie gdzieś tam ustawiły, i przez to czują się inklinowane do zarządzania serwerem, można rozmawiać o rozsądnym rozwoju rynku usług informatycznych? Wrrr…