Jak to zwykle bywa, raz do roku Microsoft organizuje dużą imprezę. Czy to DevDays, TechDays, WhateverDays czy właśnie MTS wypada tam bywać. Dlaczego? Nie ma co ukrywać, że produkty MS są dominujące, są wszędzie - więc nawet jak się z tą prawdą nie zgadza, to warto tam być chociażby z jednego powodu - know your enemy. Dla mnie osobiście MTS to możliwość porozmawiania z ludźmi z branży, podyskutowania o tym co się dzieje, przedyskutowania problemów i obejrzenia cóż takiego firma z Redmond uszykowała nowego.
Niestety tegoroczny MTS był ponownie zorganizowany w tzw. Pekinie, zwanym potocznie także pajacem (chodzi o ten spiczasty budyneczek w centrum Warszawy) co ma jedną niezaprzeczalną zaletę - jest w centrum więc ciężko nie trafić a potem jeszcze łatwiej pójść się … odstresować. I to niestety tyle jeśli chodzi o zalety. Oczywiście, żeby oddać cesarzowi co cesarskie, zanim zacznę wytykać rzeczy które mnie (eufemizm) zdenerwowały, mogę ze spokojem ducha przyznać, że to była dobra konferencja, można było dużo zyskać wiedzy, spotkać znanych w branży ludzi i w związku z tym warto dalej robić konferencje MS (i warto w nich uczestniczyć), ale o tym jeszcze na końcu.
Dobrze - skoro podałem cele jakie przyświecały mojej obecności na MTS, wróćmy do początku - czyli do rejestracji. Jak zwykle rejestracja odbywała się via strona WWW. Całkiem normalnie zrobiona, można było się zapisać na sesje i tym razem przynajmniej moich nie pogubiło. Można było w końcu fitrować sesje wg poziomu trudności (>200 preffered), zainteresowań (adm, dev, menago) i kryteriów czasowych. To było przyjemne i proste.
Po jakimś czasie dostałem pocztą badge konferencyjny, sprawdziłem czy aby sesje mi się nie pozamieniały. I to także było dobre.
Tak czy siak, dnia 8.10.2008 dotarłem z domu chłopa, zwanego teraz gromadą (tu uczynię dygresję - zaskakującym jest dla mnie zmiana nazwy z domu chłopa na gromadę przy zmianie ustroju z soc na kap. Ponoć kolekrywizacja to właśnie dawnoporządkowe działanie…) do pajaca. Rejestracja przebiegła szybko - ot przeskanowano mnie jakąś czerwoną wiązką i zabrało to sekundę. Wszystko. Popatrzyłem i uznałem, że to też było dobre. Bardzo dobre było to, że materiały konferencyjne rozdawane zazwyczaj przy rejestracji co zabierało dużo czasu zostały wypchnięte gdzieś, żeby odebrać sobie kiedyś. Plus dla organizatorów logistyki - niestety też ostatni.
Więc jestem w środku. Ustalam szybko swoją pozycję, obdzwaniam team i wiemy gdzie uderzamy. Sesja generalna. Żeby utrzymać wojskowy dryl wchodzimy krokiem marszowym na salę i zajmujemy z góry upatrzone pozycje pilnie obserwując salę. W utrzymaniu klimatu wspiera nas muzyka z mission impossible (i tu kolejna dygresja - dobrze, że organizatorzy chociaż zdawali sobie sprawę na co się porywają robiąc największą konferencję w kraju nieprzystosowanym do zbiorowisk masowych innych niż pod chmurką). Dym idzie z aparatury i zaczyna się show. Na scenę wychodzi jakiś ważny dyr z MS ,zwany roboczo Ziutkiem, odpowiedzialny ponoć za marketing, który mówi tak nieskładnie, że dobrze, że to nie on tworzy kampanie reklamowe. Ziutek na pełnym luzaku zaprasza na scenę dwóch prezesów (Dell i Intel) i zaczyna dukając zadawać im pytania - oczywiście z kartki, bo przecież jakże by inaczej. Panowie Prezesi zaskoczeni takim brakiem profesjonalizmu nie za bardzo wiedzą co powiedzieć i mają nadzieję, że farsa szybko się skończy, a po chwili uchodzą chyłkiem za kulisy. Potem na scenę wkroczył kolejny specjalista MS. Ten potrafił mówić. Tak jak Wołoszański. I dokładnie tak przedstawił rozwój wstążki znanej i jakże lubianej z office 2k7. Nie było źle - powspominałem historię oglądając screen shoty z Wordem 2.0 (którego pudełko z dyskietkami, instrukcjami, nakładkami na klawiaturę vel. zestawieniem skrótów klawiaturowych, stoi u mnie na szafie do dziś dnia), popatrzyłem na rozwój bloatware’u - bo inaczej tego się nie dało nazwać, i gdy już mój wyprany mózg uznał, że bombardowanie Drezna, tfu, wprowadzenie ribbona było uzasadnionym i jedynym słusznym faktem historycznym na scenę wkroczył specjalista z TP. Nie był co prawda urbanistą (dygresja numer 0×400023: w TP osiągnęli jak dla mnie kolejny etap rozwoju korporacyjnej nowomowy tworząc urbanistów, kierowników przepływu i inne cudne tytuły które brzmią dla homo noncorporatus odpowiednio jako specjalista do spraw charakteru miasta oraz wodnika szuwarka), ale mówił wiele o projektowaniu portali i… nie wiem o czym, podstępne siły wroga musiały mnie zaskoczyć, zamroczyć i porzuciły tak, że dopiero po chwili ocknąłem się jak rozdawali jakieś wyróżnienia i nagrody. Ponieważ byłem niezdolny do ruchu nie wdrapałem się na scenę, żeby odebrać to co powinno być moje - pozwoliłem innym czerpać sukces i zadowolenie.
Tak - po sesji generalnej dokonaliśmy przegrupowania i każdy oddalił się zająć z góry upatrzone pozycje dokonując wcześniej rekonesansu. Ustaliliśmy położenie kluczowych punktów (papu+drinks) i… Cóż, od tej pory zaczęło się everyman for himself. I od tego momentu mogę spokojnie zacząć narzekać (bardziej niż na sesję generalną). Żeby ustrukturyzować swoje problemy podzieliłem je na trzy główne grupy:
- żarło,
- komunikacja,
- ludzie, możliwości i czas.
Żarło. To nie ukrywajmy na konferencji rzecz potrzebna - i nie chodzi tylko o lunch na którym można spokojnie porozmawiać ze współbiesiadnikami ale o złapanie czegoś do picia po obecności w dużej grupie brzuchatych panów takich jak ja, którzy wydzielają więcej ciepła niż zapakowana szafa rackowa kasetowych serwerów IBMa. I tu pierwsza wtopa. Woda jest, ale jest też darmowa Pepsi. Ponieważ Pepsi is more then cola, chciałem z chęcią zakosztować tego czarnego złota. Niestety tak samo pomyślały setki innych uczestników i mieliśmy “socjalistyczne podejście do sklepu” zwane także algorytmem kolejkowania. Kolejki były tak duże, że wrzuciłem na luz, hapsnąłem kanapkę wysypywaną przez obsługę na stół jakby wyrzucali śmieci (widać rodzice nie uczyli - szanuj jedzenie) i poszedłem po kawę. Tu nastał drugi cud. Na cztery czy sześć ekspresów na sali działały już tylko 2… Z czego jeden nalał mi taką lurę, że wylałem czym prędzej bo to do picia się nie nadawało. Bez kawy człowiek zły i głowa pęka, więc odszedłem z leksza niezadowolony…
Napoje to naprawdę jest opowieść na MTS - oważ Pepsi pierwszego dnia dość szybko się skończyła - drugiego dnia dla odmiany skończyły się kubeczki. Bosko. W związku z tym najczęstszym widokiem byli ludzie korzystający z automatów z których kupowali sobie napoje za swoje pieniądze. Jak do tej pory nie winię za nic MS - to firma robiąca catering zawaliła sprawę (i nie mówię tu tylko o lunchu, który dopiero drugiego dnia miał jakikolwiek smak). MS winię za jedną rzecz - nie pomyśleli organizując konferencję w tak dużym budynku, że ludzie chcą po prostu łyk wody… Dla zobrazowania przytoczę tu angdotkę. Miałem dwie następujące po sobie sesje gdzieś głęboko (dosłownie) w trzewiach budynku, w salach kinowych kinoteki. Po sesji chciałem się napić wody - o widzę młodą parkę w koszulkach z napisem obsługa korzystającą z kinowych dystrybutorów. Podszedłem poprosić o coś do picie. Odmówili odsyłając mnie na półpiętro, gdzie był rozłożony jakiś catering. OK - półpiętro to żadna odległość - poszedłem. Niestety na półpiętrze okazało się, że to Sala VIP i nie mogę dostać nawet łyka wody, bo jestem pospólstwem i brudnym robactwem (a czego oczekuję z drugiej strony mając ksywkę vermin, nawet jak jestem ubrany w dobry garnitur) i nie zakłócę spokoju tej sali. Spokoju - bo poza ochroną sala była pusta… Nic to, przecież wystarczyło przejść kilka pięter w górę, kilka korytarzy, odstać swoje w kolejce i już mogłem się czegoś napić. Oby ten co zamawiał napoje posiedział kilka godzin w spiekocie w unieruchomionym samochodzie przy polnej drodze, tfu.
Dotknąłem tu drugiej ważnej rzeczy - znów niezawinionej bezpośrednio przez MS. Komunikacji. Ja rozumiem, że ciężko znaleźć w PL budynek, gdzie tabuny ludzi o różnym statusie społecznym i zawodowym przemkną niedemolująco dla budynku i tych ludziów będzie stado ogromne. Rozumiem, że budynek taki z reguły jest duży i rozległy - człowiek bywa tu i ówdzie i nawet konferencje w Hiltonach czy innych Sharatonach cierpią na tego typu bolączki. Ale wobec tego po co robić jedną taką wielką imprezę? Dlaczego, żeby dojść gdzieś muszę biegać kilometry tracąc na to większość z 20 minutowej przerwy kawowej? W szczególności, że przedzierać się muszę przez zatłoczone przestrzenie obok sceny dla spikerów, food courty i inne wąskie gardła w postaci schodów (np. dojście do sal C…J miało tak wąskie gardło pomiędzy food courtem a salami, że przecisnąć się tam to porażka). Niestety przestrzenie były tak wielkie, a czasu tak mało, że okazało się, że wiele z tego co mógłbym zobaczyć i dotknąć umknęło mojej uwadze… A było z czego skorzystać.
No właśnie - czas. Podstawowym dobrem na tej napakowanej featurami konferencji (za co chwała MS) był czas. I to jest minus jednej konferencji dla wszystkich. Niby ma być dobrze. DEV, ADM i MENAGO pod jednym dachem. Niby można skorzystać z egzaminu MS sporo taniej, są laby ze scenariuszami dotyczącymi nowych właściwości dopiero co wprowadzonych produktów oraz scenariuszami biznesowymi wykorzystania istniejących rozwiązań. Niby można porozmawiać z ekspertami z różnych dziedzin. Niby można podejść do partnerów konferencji i porozmawiać o oferowanych przez nich rozwiązaniach. Niby można ze spokojem podczas przerwy kawowej porozmawiać z ludźmi over a hot cup of java (inside or outside). Niby można skorzystać z ciekawych prowadzonych sesji. Ba, wychodząc zauważyłem, że w konferencyjnym pędzie przegapiłem pokój dla społeczności w którym nie wiem co było. Jak widać można wiele… Tylko z mojego punktu widzenia nie było jak. Dlaczego? Jak porozmawiałem z partnerem o ciekawych rozwiązaniach to zawaliłem połowę sesji na którą chciałem iść i porozmawiać z prowadzącym. Jak już porozmawiałem z prowadzącym sesję, to okazywało się, że skończyła się przerwa i muszę pędzić na następną nie mogąc się napić kawy. Jak się napiłem kawy i wyszedłem na zewnątrz porozmawiać, (niektórzy rozmówcy potrzebują dodatkowej dawki tlenu), to potem pędem się leciało na kolejną sesję, rozmowę albo żeby wypić tą małą kawę/pepsi/wodę. Jak podczas biegania porozmawiało się z ekspertami, to znów coś ulatywało. O labach czy egzaminie w takim scenariuszu mogłem spokojnie zapomnieć… Więc po co coś takiego? Po co organizować tak dużo, kiedy tak mało (podkreślam - relatywnie mało) można skorzystać? Na sesjach w takiej gromadzie, gdzie było mniej ludzi, wszystko było bliżej (nawet pomimo węższych wąskich gardeł) sporo dało się zrobić. Ale może dlatego, że wcześniejsze imprezy były mniejsze i dedykowane? Przykład - kiedyś na tego typu zjazdy, gdzie był jasno zdefiniowany target przyjeżdżali wendorzy z ciekawymi rozwiązaniami sprzętowymi (adm) lub produkujący produkty ściśle dedykowane (dev). Teraz była jakaś pulpa która proponowała g. Znaczy szkolenia były jak zawsze, promise był jak zawsze, intel był jak zawsze (ale to też tak naprawdę 4 enterprise rozmowy) ale gdzie inni? Gdzie mogę popatrzeć jadąc już na konferencję co się dzieje w sprzęcie/usługach?
Reasumując. Moim skromnym zdaniem konferencja była ciekawa i jest wyjątkowym zjawiskiem na polskim rynku adresowanym do każdego. Warto żeby Microsoft organizował takie imprezy ponieważ można (teoretycznie) i sporo dowiedzieć się o nowych/istniejących produktach jak i zobaczyć co w branży piszczy, Niestety chęć pokazania wszystkiego jednocześnie dla wszystkich spowodowała, że nie można było wynieść z niej tyle, ile faktycznie, przy innej ciut organizacji eventu, wydaje się że by było można. Cóż - w końcu najważniejsze jest posiadać największą imprezę w C&EE, n’est-ce pas?
Drogi czytelniku - jeśli dotarłeś do tego miejsca moich wywodów - gratuluję. Możesz zawsze podejść do mnie, powołać się na to zdanie… i pójść ze mną na wino/piwo (jeśli masz coś ciekawego do omówienia). Istnieje szansa, że ja stawiam* 