vermin.eu.org

Specjalista IT na tru^Hopie

Entries Comments



Month: October, 2008

MS08-067 i restartowanie komputera

26 October, 2008 (22:58) | bezpieczeństwo, microsoft, windows | By: vermin

Jak już wszyscy powinni wiedzieć jest poprawka MS08-067 którą trzeba zainstalować - z tego drugi blaster za krótką chwilę będzie bo exploity już działają. Problem jest na tyle poważny, że M$ wypuściło poprawkę nawet do NT4 (jak ktoś ma kontrakt wsparciowy).
Jak prawie każda poprawka M$ także ta każe restartować komputer po aplikacji. Co prawda o ile jest to fajne dla stacji roboczych, to dla serwerów już nie (chociaż w M$owym świecie to nie do końca takie pewne). Na szczęście admini mogą tęże poprawkę zassać i zainstalować ją z parametrem /norestart. I tu pojawia się pytanie - czy tak załatana stacja jest załatana czy nie? Teoretycznie na dysku znajduje się nowa wersja pliku (tu: biblioteka netapi32.dll), więc nowe procesy (nie wątki?) będą działać z nową biblioteką. Niemniej w pamięci chyba znajduje się stara wersja biblioteki i dopóki nie przeładujemy serwisów korzystających z tej biblioteki to odwołanie może wykorzystywać niewłaściwą wersję biblioteki ergo będziemy niezałatani. Teoretycznie wystarczy zrestartować serwis “Serwer”- ale w wypadku tej biblioteki to nie tylko ten serwis, co można łatwo zaobserwować process explorerem. So? Restartujemy wszystkie serwisy czy serwer? I czy aby na pewno restart serwisów pomoże? A może jednak, skoro patch wspiera przełącznik /norestart to tylko upewnienie się, że na pewno się zaaplikuje?
Cienia światła nie rzuca na to nawet artykuł kb o hotpatchingu, który w tym wypadku nie ma zastosowania. Moim zdaniem w tym przypadku trzeba przeładować wszystko co odwołuje się do biblioteki - ponieważ inaczej jest ona w pamięci w niewłaściwej wersji, ale pewien do końca nie jestem.
Swoją drogą - ciekawe jak to jest, że w linuxie łatam SSH, restartuję serwis… a jednocześnie zupełnie nie mam straty połączenia/sesji?

cieć, znaczy administrator

26 October, 2008 (21:16) | non-tech | By: vermin

Swego czasu szukałem sobie pracy zdalnej w USA - no i oczywiście, jako tzw. specjalista IT, patrzyłem w stronę administratora. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy pierwsze oferty, na które trafiłem były z leksza dalekie od branży.

Dziś kolega zapytał mnie, czy w CV wpisać “administracja serwerem, czy serwera?”. Wytłumaczyłem mu, że administracja serwera to stado małych ludzików, co każą urządzeniom odwoływać się do procesora a także kolejkują przychodzące petycje i wydają decyzje. W zasadzie administracja to także Ci ciecie, co czyszczą kolejki, noszą bity w kubełkach i takie tam.

No właśnie - w zasadzie w języku polskim administrator z definicji to taki cieć jest, gospodarz domu bardziej niż wyspecjalizowany personel techniczny zwany w dawnych czasach SysOpem (Maloka, Fido…). Co to właściwie znaczy administrować sprzętem? W języku angielskim jest to rozróżnienie - administrator i system administrator, a język polski jest w tej sprawie dość giętki - wg sjp.pwn.pl administrator «osoba lub instytucja zarządzająca czymś». Wiki też podaje jedynie specjalne znaczenie słowa administrator - administrator (informatyka).

Mnie to jakoś deprymuje - bo jednak widzę różnicę pomiędzy pracą swoją, a niejakiego Anioła (chociaż on to miał zapędy na niezłego BOFHa - o i tu pojawia się słowo “operator”!). Czyż nie lepiej nazywać się jakoś tak lepiej? Gospodarz, ekonom albo “Master And Commander”? ;-)

Prawdopodobieństwo wystąpienia awarii środowiska IT, czyli gdy psuje się niepsuwalne

26 October, 2008 (16:52) | inne (tech), linux, troubleshooting, tyrady | By: vermin

Ostatnio znów zniknąłem z blogosfery. żeby tylko to - zniknąłem także z życia służbowego, prywatnego i w ogóle zniknąłem, bo miałem jakżesz wątpliwą przyjemność przetestować zaawansowane procedury data recovery, ale zacznijmy od początku…

Jest sobie środowisko. Zacznijmy od prostych blach - trzy serwery, dwa spięte w klaster HA pomiędzy nogami którego buja się szczególnie ważna aplikacja (SWA) oraz środowisko zarządzania kopiami zapasowymi (ŚZKZ), a na trzecim środowiska rozwojowe dla SWA. Skoro mamy pokryte blachy, to warto zastanowię się skąd SWA ma brać dane - dane oczywiście idę z podpiętej w pełni zduplikowaną infrastrukturę SAN macierzy. Sama macierz też chodzi w trybie 10… i dodatkowo jest zmirrorowana w trybie active-active z drugą bliźniaczą macierzą. Bezpiecznie nieprawdaż? W zasadzie moja praca jako opiekuna (administratora, tudzież ciecia) tego środowiska powinna się sprowadzać do tego, żeby co rano spojrzeć czy to działa i udać się do innych Bardzo Ważnych Zadań SWA. Ba, w zasadzie po co patrzeć na te serwery, wystarczy patrzeć, czy przychodzi mail od środowiska, że wszystko działa, a nawet nie patrzeć, tylko niech inny skrypt pilnuje, czy co godzinę ów mail przychodzi do skrzynki. Wygląda jak złoty sen administratora… Tu niestety do tej pięknej opowieści wkradają się trzy szczegóły, które za chwilę zburzę ten piękny wizerunek:
a) środowisko ma już ponad 6 lat i nic było modernizowane (chociaż chodzi 24/7/365),
b) jakoś tak nie mamy na to wszystko umowy supportowej,
c) jestem jedynym administratorem tegoż cuda…

Przychodzi sobie piątkowe popołudnie. Wszystko świeci się na zielono, wszystko działa i śmiga i nie pluje żadnymi błędami. Planowo, po raz pierwszy od półtora roku (wtedy jeszcze działała umowa supportowa), zgodnie z procedurę, (a co - przy takim środowisku trzeba mieć Procedury), wyłączam całe środowisko bo w serwerowni odbędzie się Modernizacja i przy okazji wymieniam jeden uszkodzony dysk (sygnalizował błędne operacje I/O) w macierzy na nowy. Wszystko jest pięknie, weekend zapowiada się słoneczny, piękna polska złota jesień. Nic nie wskazuje, że już niedługo, już za chwilę… ale nie uprzedzajmy faktów. W sobotę wczesnym popołudniem zjawiam się w firmie, żeby włączyć swoje pozostałe serwerki i przy okazji włączam switche SAN, żeby te już się rozbujały do wieczora, kiedy wpadnę zabawię się z resztę. Nadal wszystko świeci się na zielono - czad. Sobota wieczór, trza by iść na jakiś złocisty napój, odpocząć od trudów dnia codziennego - no ale wcześniej podskoczmy do firmy i włączmy resztę zabawek. I tu drodzy czytelnicy zaczyna się epopeja pod tytułem - co się może popsuć i jakie mieć reperkusje. Proszę pomyśleć… a potem przyznać sobie punkty.

Zgodnie z procedurę włączania środowiska wszystko wstaje, obserwuję sobie klaster, obserwuję trzeci serwer… paczki na klastrze są w trybie starting by zaraz przejść do running… Do running q… a nie do disabled! Tadam - wszystkie bazy sypnęły błędami o uszkodzonych plikach. Spoko, spoko - mamy backup, zaraz się zrobi szybkie data recovery, nie ma co panikować. Włączam ŚZKZ… który nie wstaje. Rzut oka na klaster… no tak - on też leży i sypie błędami. Do wieczora udało się zmusić ŚZKZ do teoretycznie poprawnej pracy. Wkurzony i zmęczony przyszedłem do pracy w niedzielę, przetestowałem kilka scenariuszy możliwych do zrobienia, kilkanaście nic nie wnoszących niemożliwych i cóż, cztery litery z tyłu ciała. żeby przejść jeszcze raz w pełnym debuggingu, zgodnie z sugestią znajomych kładę i podnoszę zgodnie z procedurę środowisko raz jeszcze. I tu cud! Nie tylko nie podniosło się, ale wyeskalowało się bardziej krzycząc, że mam sobie fsck’nąć systemy plików… Co śmieszniejsze, ŚZKZ wciąż, nieubłaganie pokazuje, że nie ma backupów SWA możliwych do odtworzenia późniejszych niż grudzień 2007… Spakowałem rzeczy, żeby ewentualnie mniej wynosić w poniedziałek z pracy jak już mnie zwolnię i „lekko” zdenerwowany poszedłem spać, bo to już późny wieczór był i nikt telefonu nie podnosił.

Poniedziałek przyniósł oczywiste rozwiązania - coś walnęło macierzy, która rozwaliła systemy plików i te zwalone rzeczy posłusznie zsynchronizowała. Cóż możemy robię, kiedy ŚZKZ też leży na macierzy i działa jak działa? Wtedy zdarzył się cud - dostaliśmy wsparcie (które zgodnie z brakiem wcześniej wykupionego powinniśmy dostać za 4 dni najwcześniej). Diagnoza zdalna i moja lokalna serwerów wykazała, że macierze działają poprawnie, wszystko jest ok, a błąd… cóż, zjawił się i zniknął (jeden z serwerów nie widział obydwu macierzy, drugi widział obie, a trzeci…). Teraz działa, mamy dataloss i trzeba robić recovery. Po długiej walce z superszybkimi tasiemkami LTO-1 udało się odtworzyć ŚZKZ z w miarę spójną bazą, zaimportować tasiemki, które się dało, wybrać wiarygodną i jechać. Dla umiejscowienia dat - awaria 10.10, najlepsza taśma traktowana jako punkt startu – 04.10 (albo jeszcze wcześniejsze jeśli ta nie pójdzie). Tak wyszło. Rozpoczynam odtwarzanie, idziemy w odtwarzaniu Oracle o krok za daleko i… ORA-0600, ORA-0600, ORA-0600… No dobra, wracamy do ponownego odtworzenia z tasiemki… a tasiemka nagle mówi “ojej, ale ja gubię pozycję, ależ jestem zagubiona…” i ze zdrowego zielonego koloru czerwieni się. Ja też się czerwienię bo wzrosło mi ostro ciśnienie.

W tym momencie było bosko - 18 godzin pracy z serwisem na linii (licząc od soboty – 4 dzień awarii) i jestem w punkcie wyjścia. Cóż, restart serwerów, FSCK -o full filesystemów (który sypnął sobie czymś żeby dorzucić ponownie swoje 3 grosze), a w szczególności wszelkich montowanych woluminów LVM, parę długich i niepewnych chwil magii nad ŚZKZ, taśmą oraz napędami i udało się. Odtwarzamy. Poszło, SWA wstała. Co prawda w procesie straciliśmy dane z jednego dnia (bo pechowo aqrat tam coś się znalazło przy fscku), ale czym to jest wobec grudnia 2007?
Zaczynało świtać, była środa 15.10.2008… Potem już tylko odtworzenie trzeciego serwera i rekonfiguracja ŚZKZ, który w trakcie odtwarzania był traktowany wyjątkowo niehumanitarnie i wyrzucano z niego co akurat nie pasowało i wrzucano coś, co miało działać.

Straty? 5 lat życia z powodu nerwów, kilka nocy bez snu, środowisko któremu nie można ufać (boimy się wykonać restartu macierzy i serwerów bo…), backupy, które teraz powinniśmy odtwarzać z boku i testować ale nie ma na czym, padające dyski (jak zacząłem pisać raport z awarii… to poleciał kolejny dysk w macierzy - i to nie tak, że sypnął błędami - po prostu zniknął, no i dodatkowo brak wsparcia (patchy, etc.). SWA po odtworzeniu też ma jakieś humory chociaż baza działa poprawnie a i same środowisko SWA nie wykazuje błędów :/ Ogólnie jest niefajnie. Ale to nic - po tym jak wszystko stało i pozycja mojego przełożonego nie okazała się wylotowa dowiedziałem się, że: nie pojadę na szkolenie administracyjne, (po co - przecież udało się odzyskać i wiem jak to robić), nie ma dziękuję – za to gdzie są rzeczy, które miały być gotowe w poniedziałek i czemu się tak opierdzielam z nimi? Nóż się w kieszeni otwiera… Szczególnie jak pomyślę ile godzin bez spędziłem w pracy (od niedzieli do czwartku prawie non-stop, a od poniedziałku do środy faktycznie mieszkałem w firmie bez snu). Niestety nie ma kiedy tego wykorzystać i pewnie przepadnie :|
I co gorsze, ponieważ jednak w środę już działało od rana (”jedynie” dwa dni niedostępności środowiska) i ludzie rzucili się do uzupełniania danych i odtwarzania utraconego dnia, to uznano, że sobie chyba doskonale radzimy i może zostać jak jest… Następnym razem przy awarii się rozchoruję chyba.

Jakie są plusy? Faktycznie jak to podczas awarii bywa, sporo (i szybko!) się nauczyłem, w szczególności studium z nekromancji “Jak ożywiać umarłych na przykładzie taśmy ultrium” oraz „szacowanie ryzyka w systemach informatycznych czyli nie wierz w technologię jeśli wiek sprzętu przewyższa 5 lat”. Dodatkowo przetestowałem jak zachowuję się w sytuacji mocno stresowej – wyszło w miarę ok. No i dowiedziałem się ile czasu można nie spać i w miarę wydajnie pracować…

active sync, exchange, internet i 80072f78

26 October, 2008 (14:32) | microsoft, networking, poczta, windows | By: vermin

Od jakiegoś czasu, (upgrade WM5 do WM6), PDA podłączone przez USB do komputera nie potrafiło zsynchronizować się z Exchangem. Samo robiło to dobrze - przez komputer w żaden sposób. Moje drugie PDA ma ten sam problem. Ponieważ stawki za net przez GSM są niewielkie, do tej pory ignorowałem problem (wystarczyło w konfiguracji WIndows Mobile stwierdzić, żeby mógł wykorzystywać modem GSM). Teraz jednak, ponieważ kryzys idzie, stwierdziłem, że trzeba zmniejszyć koszty i rozwiązać ten problem. Znaczy żaden to problem bo wrzucenie kodu błędu w google’a od razu zwraca rozwiązanie. W skrócie dla nie anglojęzycznych:
Albo:
uruchom regedit i dodaj do rejestru w gałęzi HKEY_LOCAL_MACHINE\SOFTWARE\Microsoft\Windows CE Services wartość typu DWORD o nazwie AllowLSP (domyślnie ma 0 więc to wystarczy),
Albo zapisz poniższe jako plik synchro.reg, dwuklik, tak, ponów synchronizację w ActiveSync.

REGEDIT4
[HKEY_LOCAL_MACHINE\SOFTWARE\Microsoft\Windows CE Services]
“AllowLSP”=dword:00000000

Problem leży w fakcie, że ów LSP (Layered Service Provider) to komponent Windows pozwalający na wpinanie się DLLkom (w tym aktywnemu synkowi) w stos sieciowy i modyfikowanie ruchu (w tym - wstrzykiwanie i wyciąganie pakietów). Jakoś okazuje się, że to rozwiązanie potrafi sprawiać problemy i wtedy lepiej przejść do modelu sprzed wersji 4.2 AS - czyli wyłączyć AS dla LSP powyższym kluczem.
Swoją drogą to oznacza, że warto przejrzeć co nam się powpinało w stos, że standardowe rozwiązanie nie działa…

MTS 2008 wyliniałym okiem

9 October, 2008 (23:52) | Prywatne, microsoft, tyrady | By: vermin

Jak to zwykle bywa, raz do roku Microsoft organizuje dużą imprezę. Czy to DevDays, TechDays, WhateverDays czy właśnie MTS wypada tam bywać. Dlaczego? Nie ma co ukrywać, że produkty MS są dominujące, są wszędzie - więc nawet jak się z tą prawdą nie zgadza, to warto tam być chociażby z jednego powodu - know your enemy. Dla mnie osobiście MTS to możliwość porozmawiania z ludźmi z branży, podyskutowania o tym co się dzieje, przedyskutowania problemów i obejrzenia cóż takiego firma z Redmond uszykowała nowego.

Niestety tegoroczny MTS był ponownie zorganizowany w tzw. Pekinie, zwanym potocznie także pajacem (chodzi o ten spiczasty budyneczek w centrum Warszawy) co ma jedną niezaprzeczalną zaletę - jest w centrum więc ciężko nie trafić a potem jeszcze łatwiej pójść się … odstresować. I to niestety tyle jeśli chodzi o zalety. Oczywiście, żeby oddać cesarzowi co cesarskie, zanim zacznę wytykać rzeczy które mnie (eufemizm) zdenerwowały, mogę ze spokojem ducha przyznać, że to była dobra konferencja, można było dużo zyskać wiedzy, spotkać znanych w branży ludzi i w związku z tym warto dalej robić konferencje MS (i warto w nich uczestniczyć), ale o tym jeszcze na końcu.

Dobrze - skoro podałem cele jakie przyświecały mojej obecności na MTS, wróćmy do początku - czyli do rejestracji. Jak zwykle rejestracja odbywała się via strona WWW. Całkiem normalnie zrobiona, można było się zapisać na sesje i tym razem przynajmniej moich nie pogubiło. Można było w końcu fitrować sesje wg poziomu trudności (>200 preffered), zainteresowań (adm, dev, menago) i kryteriów czasowych. To było przyjemne i proste.
Po jakimś czasie dostałem pocztą badge konferencyjny, sprawdziłem czy aby sesje mi się nie pozamieniały. I to także było dobre.
Tak czy siak, dnia 8.10.2008 dotarłem z domu chłopa, zwanego teraz gromadą (tu uczynię dygresję - zaskakującym jest dla mnie zmiana nazwy z domu chłopa na gromadę przy zmianie ustroju z soc na kap. Ponoć kolekrywizacja to właśnie dawnoporządkowe działanie…) do pajaca. Rejestracja przebiegła szybko - ot przeskanowano mnie jakąś czerwoną wiązką i zabrało to sekundę. Wszystko. Popatrzyłem i uznałem, że to też było dobre. Bardzo dobre było to, że materiały konferencyjne rozdawane zazwyczaj przy rejestracji co zabierało dużo czasu zostały wypchnięte gdzieś, żeby odebrać sobie kiedyś. Plus dla organizatorów logistyki - niestety też ostatni.

Więc jestem w środku. Ustalam szybko swoją pozycję, obdzwaniam team i wiemy gdzie uderzamy. Sesja generalna. Żeby utrzymać wojskowy dryl wchodzimy krokiem marszowym na salę i zajmujemy z góry upatrzone pozycje pilnie obserwując salę. W utrzymaniu klimatu wspiera nas muzyka z mission impossible (i tu kolejna dygresja - dobrze, że organizatorzy chociaż zdawali sobie sprawę na co się porywają robiąc największą konferencję w kraju nieprzystosowanym do zbiorowisk masowych innych niż pod chmurką). Dym idzie z aparatury i zaczyna się show. Na scenę wychodzi jakiś ważny dyr z MS ,zwany roboczo Ziutkiem, odpowiedzialny ponoć za marketing, który mówi tak nieskładnie, że dobrze, że to nie on tworzy kampanie reklamowe. Ziutek na pełnym luzaku zaprasza na scenę dwóch prezesów (Dell i Intel) i zaczyna dukając zadawać im pytania - oczywiście z kartki, bo przecież jakże by inaczej. Panowie Prezesi zaskoczeni takim brakiem profesjonalizmu nie za bardzo wiedzą co powiedzieć i mają nadzieję, że farsa szybko się skończy, a po chwili uchodzą chyłkiem za kulisy. Potem na scenę wkroczył kolejny specjalista MS. Ten potrafił mówić. Tak jak Wołoszański. I dokładnie tak przedstawił rozwój wstążki znanej i jakże lubianej z office 2k7. Nie było źle - powspominałem historię oglądając screen shoty z Wordem 2.0 (którego pudełko z dyskietkami, instrukcjami, nakładkami na klawiaturę vel. zestawieniem skrótów klawiaturowych, stoi u mnie na szafie do dziś dnia), popatrzyłem na rozwój bloatware’u - bo inaczej tego się nie dało nazwać, i gdy już mój wyprany mózg uznał, że bombardowanie Drezna, tfu, wprowadzenie ribbona było uzasadnionym i jedynym słusznym faktem historycznym na scenę wkroczył specjalista z TP. Nie był co prawda urbanistą (dygresja numer 0×400023: w TP osiągnęli jak dla mnie kolejny etap rozwoju korporacyjnej nowomowy tworząc urbanistów, kierowników przepływu i inne cudne tytuły które brzmią dla homo noncorporatus odpowiednio jako specjalista do spraw charakteru miasta oraz wodnika szuwarka), ale mówił wiele o projektowaniu portali i… nie wiem o czym, podstępne siły wroga musiały mnie zaskoczyć, zamroczyć i porzuciły tak, że dopiero po chwili ocknąłem się jak rozdawali jakieś wyróżnienia i nagrody. Ponieważ byłem niezdolny do ruchu nie wdrapałem się na scenę, żeby odebrać to co powinno być moje - pozwoliłem innym czerpać sukces i zadowolenie.

Tak - po sesji generalnej dokonaliśmy przegrupowania i każdy oddalił się zająć z góry upatrzone pozycje dokonując wcześniej rekonesansu. Ustaliliśmy położenie kluczowych punktów (papu+drinks) i… Cóż, od tej pory zaczęło się everyman for himself. I od tego momentu mogę spokojnie zacząć narzekać (bardziej niż na sesję generalną). Żeby ustrukturyzować swoje problemy podzieliłem je na trzy główne grupy:
- żarło,
- komunikacja,
- ludzie, możliwości i czas.

Żarło. To nie ukrywajmy na konferencji rzecz potrzebna - i nie chodzi tylko o lunch na którym można spokojnie porozmawiać ze współbiesiadnikami ale o złapanie czegoś do picia po obecności w dużej grupie brzuchatych panów takich jak ja, którzy wydzielają więcej ciepła niż zapakowana szafa rackowa kasetowych serwerów IBMa. I tu pierwsza wtopa. Woda jest, ale jest też darmowa Pepsi. Ponieważ Pepsi is more then cola, chciałem z chęcią zakosztować tego czarnego złota. Niestety tak samo pomyślały setki innych uczestników i mieliśmy “socjalistyczne podejście do sklepu” zwane także algorytmem kolejkowania. Kolejki były tak duże, że wrzuciłem na luz, hapsnąłem kanapkę wysypywaną przez obsługę na stół jakby wyrzucali śmieci (widać rodzice nie uczyli - szanuj jedzenie) i poszedłem po kawę. Tu nastał drugi cud. Na cztery czy sześć ekspresów na sali działały już tylko 2… Z czego jeden nalał mi taką lurę, że wylałem czym prędzej bo to do picia się nie nadawało. Bez kawy człowiek zły i głowa pęka, więc odszedłem z leksza niezadowolony…
Napoje to naprawdę jest opowieść na MTS - oważ Pepsi pierwszego dnia dość szybko się skończyła - drugiego dnia dla odmiany skończyły się kubeczki. Bosko. W związku z tym najczęstszym widokiem byli ludzie korzystający z automatów z których kupowali sobie napoje za swoje pieniądze. Jak do tej pory nie winię za nic MS - to firma robiąca catering zawaliła sprawę (i nie mówię tu tylko o lunchu, który dopiero drugiego dnia miał jakikolwiek smak). MS winię za jedną rzecz - nie pomyśleli organizując konferencję w tak dużym budynku, że ludzie chcą po prostu łyk wody… Dla zobrazowania przytoczę tu angdotkę. Miałem dwie następujące po sobie sesje gdzieś głęboko (dosłownie) w trzewiach budynku, w salach kinowych kinoteki. Po sesji chciałem się napić wody - o widzę młodą parkę w koszulkach z napisem obsługa korzystającą z kinowych dystrybutorów. Podszedłem poprosić o coś do picie. Odmówili odsyłając mnie na półpiętro, gdzie był rozłożony jakiś catering. OK - półpiętro to żadna odległość - poszedłem. Niestety na półpiętrze okazało się, że to Sala VIP i nie mogę dostać nawet łyka wody, bo jestem pospólstwem i brudnym robactwem (a czego oczekuję z drugiej strony mając ksywkę vermin, nawet jak jestem ubrany w dobry garnitur) i nie zakłócę spokoju tej sali. Spokoju - bo poza ochroną sala była pusta… Nic to, przecież wystarczyło przejść kilka pięter w górę, kilka korytarzy, odstać swoje w kolejce i już mogłem się czegoś napić. Oby ten co zamawiał napoje posiedział kilka godzin w spiekocie w unieruchomionym samochodzie przy polnej drodze, tfu.

Dotknąłem tu drugiej ważnej rzeczy - znów niezawinionej bezpośrednio przez MS. Komunikacji. Ja rozumiem, że ciężko znaleźć w PL budynek, gdzie tabuny ludzi o różnym statusie społecznym i zawodowym przemkną niedemolująco dla budynku i tych ludziów będzie stado ogromne. Rozumiem, że budynek taki z reguły jest duży i rozległy - człowiek bywa tu i ówdzie i nawet konferencje w Hiltonach czy innych Sharatonach cierpią na tego typu bolączki. Ale wobec tego po co robić jedną taką wielką imprezę? Dlaczego, żeby dojść gdzieś muszę biegać kilometry tracąc na to większość z 20 minutowej przerwy kawowej? W szczególności, że przedzierać się muszę przez zatłoczone przestrzenie obok sceny dla spikerów, food courty i inne wąskie gardła w postaci schodów (np. dojście do sal C…J miało tak wąskie gardło pomiędzy food courtem a salami, że przecisnąć się tam to porażka). Niestety przestrzenie były tak wielkie, a czasu tak mało, że okazało się, że wiele z tego co mógłbym zobaczyć i dotknąć umknęło mojej uwadze… A było z czego skorzystać.

No właśnie - czas. Podstawowym dobrem na tej napakowanej featurami konferencji (za co chwała MS) był czas. I to jest minus jednej konferencji dla wszystkich. Niby ma być dobrze. DEV, ADM i MENAGO pod jednym dachem. Niby można skorzystać z egzaminu MS sporo taniej, są laby ze scenariuszami dotyczącymi nowych właściwości dopiero co wprowadzonych produktów oraz scenariuszami biznesowymi wykorzystania istniejących rozwiązań. Niby można porozmawiać z ekspertami z różnych dziedzin. Niby można podejść do partnerów konferencji i porozmawiać o oferowanych przez nich rozwiązaniach. Niby można ze spokojem podczas przerwy kawowej porozmawiać z ludźmi over a hot cup of java (inside or outside). Niby można skorzystać z ciekawych prowadzonych sesji. Ba, wychodząc zauważyłem, że w konferencyjnym pędzie przegapiłem pokój dla społeczności w którym nie wiem co było. Jak widać można wiele… Tylko z mojego punktu widzenia nie było jak. Dlaczego? Jak porozmawiałem z partnerem o ciekawych rozwiązaniach to zawaliłem połowę sesji na którą chciałem iść i porozmawiać z prowadzącym. Jak już porozmawiałem z prowadzącym sesję, to okazywało się, że skończyła się przerwa i muszę pędzić na następną nie mogąc się napić kawy. Jak się napiłem kawy i wyszedłem na zewnątrz porozmawiać, (niektórzy rozmówcy potrzebują dodatkowej dawki tlenu), to potem pędem się leciało na kolejną sesję, rozmowę albo żeby wypić tą małą kawę/pepsi/wodę. Jak podczas biegania porozmawiało się z ekspertami, to znów coś ulatywało. O labach czy egzaminie w takim scenariuszu mogłem spokojnie zapomnieć… Więc po co coś takiego? Po co organizować tak dużo, kiedy tak mało (podkreślam - relatywnie mało) można skorzystać? Na sesjach w takiej gromadzie, gdzie było mniej ludzi, wszystko było bliżej (nawet pomimo węższych wąskich gardeł) sporo dało się zrobić. Ale może dlatego, że wcześniejsze imprezy były mniejsze i dedykowane? Przykład - kiedyś na tego typu zjazdy, gdzie był jasno zdefiniowany target przyjeżdżali wendorzy z ciekawymi rozwiązaniami sprzętowymi (adm) lub produkujący produkty ściśle dedykowane (dev). Teraz była jakaś pulpa która proponowała g. Znaczy szkolenia były jak zawsze, promise był jak zawsze, intel był jak zawsze (ale to też tak naprawdę 4 enterprise rozmowy) ale gdzie inni? Gdzie mogę popatrzeć jadąc już na konferencję co się dzieje w sprzęcie/usługach?

Reasumując. Moim skromnym zdaniem konferencja była ciekawa i jest wyjątkowym zjawiskiem na polskim rynku adresowanym do każdego. Warto żeby Microsoft organizował takie imprezy ponieważ można (teoretycznie) i sporo dowiedzieć się o nowych/istniejących produktach jak i zobaczyć co w branży piszczy, Niestety chęć pokazania wszystkiego jednocześnie dla wszystkich spowodowała, że nie można było wynieść z niej tyle, ile faktycznie, przy innej ciut organizacji eventu, wydaje się że by było można. Cóż - w końcu najważniejsze jest posiadać największą imprezę w C&EE, n’est-ce pas?

Drogi czytelniku - jeśli dotarłeś do tego miejsca moich wywodów - gratuluję. Możesz zawsze podejść do mnie, powołać się na to zdanie… i pójść ze mną na wino/piwo (jeśli masz coś ciekawego do omówienia). Istnieje szansa, że ja stawiam* ;-)

cloverfield, czyli operacja monster

6 October, 2008 (23:08) | non-tech, tyrady | By: vermin

Tytuł oddaje wszystko. Jeśli się monstrualnie nudzisz i nie masz nic na dysku to spokojnie możesz to… skasować, bo na zbyt wiele się nie zda. Atmosfery brak, kamera z ręki po chwili nuży, krwi niewiele, klimat ciemnych tuneli skrócony do dwóch ujęć… Jedyny pozytyw tego filmu to szekspirańskie zakończenie. Cóż, everybody dies sometimes. Czego temu filmowi życzę.

nove, nowsze PDA

6 October, 2008 (23:02) | gadgets, microsoft | By: vermin

Po walce z komórką w końcu wgrałem ciekawie wysmażony ROM do mojego Charmera. W sumie musiałem już to zrobić, bo WM5 z sofcikiem PSB co jakiś czas wieszało się - niby działając a jednocześnie nie reagując na nic. Nowa wersja praktycznie sprawiła, że PDA jest jak nowe. Wrażenia? Cóż, jest stabilnie, HTC Home jest miłą nakładką (jak się nie używa softu SPB), touch flo to porażka (znów - iPhone lub chociaż SPB rządzą). Kontakty zachowują się lepiej - z kontaktem są powiązane daty połączeń i czasy trwania co jest mocno przyjemniejsze niż szukanie tego w call history. Reszta ogólnie jest bez zmian - poza tym, że Windows Live dla komórki działa naprawdę fajnie - zarówno poczta, wyszukiwarka jak i komunikator dla PDA są niezłe. Co prawda ciężko mi powiedzieć jak wygląda sprawa z zarządzaniem kontaktami, bo mało wykorzystuję swoje konto live (na boku - być może teraz, po instalacji nowej wersji pakietu live w jakże świeżej wersji beta, która w końcu daje gratis konektor do outlooka dla kont live/hotmail oraz dużo świeższy look ‘n’feel komunikatora oraz pozostałych aplikacji live). Czyli w zasadzie wszystko jest jak było, tylko działa ciut wolniej na 195Mhz zegarze :)
Swoją drogą - czas temu szedłem sobie ulicą stukając sobie z messengera z kolegą za większą wodą. Jak dla mnie, chyba już technologicznego zgreda wrażenie możliwości używania komunikatora w codziennym życiu do kontaktu z całym światem jest porażająca. Jak wbiję sobie na PDA jakiegoś VOIPa i będe mógł dzwonić z komórki bez ograniczeń to heh… No tak - nie napisałem jednak najważniejszego. Iść ulicą i pisać na dotykowym ekranie rysikiem to sprawa dla samobójcy (szczególnie w Polsce) - klawiatura jest co najmniej wymagana. I tu na scenę wkracza mój najnowszy nabytek, (dzięki uprzejmości kolegów z HP w rozsądnej cenie), czyli iPAQ 914c. O tym telefoniku warto napisać - szczególnie jak człowiek przesiada się z komórki typu wizard/charmer czy inny qtek9100 na nowoczesne rozwiązanie. Po pierwsze - telefon jest może i duży (chociaż jak się go przykłada do innych telefonów to wcale nie aż tak), ale zaskakująco lekki. Ekran 320×240 położony od razu horyzontalnie ma dzięki niewielkim rozmiarom dobrą ostrość, chociaż ponieważ jest ciut mniejszy niż w charmerze to do nawigacji się średnio nadaje - niemniej GPS jest wbudowany i całkiem nieźle się sprawuje z google maps dostępnym onboard. WLAN w komórkach to już standard, kamera 3mpix w ogóle nie powala, a wręcz jest wolna i kiepska, więc nie ma się nad czym rozwodzić. Dlaczego jednak warto zwrócić uwagę na to urządzenie? Z jednego jakżesz miłego powodu - klawiatury. A nawet nie tyle samej klawiatury co dostępnemu dzięki niej sposobowi nawigacji. Po pierwsze pełna, podświetlana klawiatura qwerty dostępna cały czas, z wypukłymi klawiszami dobrze układającymi się pod palcami. Pisać można na niej po chwili treningu bezwzrokowo, co przydaje się w szybkim stukaniu SMSa (btw, wiadomości SMS są grupowane w konwersacje co pozwala prześledzić szybko cały wątek rozmowy z danym kontaktem) czy też maila. Ale ok, nokie miały to już dawno. To co jest tutaj kluczowe to inne dodatki - przede wszystkim znany z telefonów sony jog dial, który pozwala szybko przesuwać się po menu, przewijać strony, wybierać opcje. Dodatkowo dwa klawisze soft keys, klawisz windows (nie mogło go zabraknąć w WM przecież), klawisz ok (dostępny także z boku pod pokrętłem) działający jako klikacz prawego górnego rogu oraz joystick z enterem w środku pozwalają tak naprawdę na pracę z telefonem z dotykowym ekranem tak jak ze zwykłym telefonem! Jedyna rzecz do której potrzebny jest rysik na co dzień to IE. To znaczy bez tego też by się dało nawigować, ale tak jest po prostu szybciej. Co zaskakujące, praca w ten sposób jest dużo szybsza niż standardowe klikanie po ekranie - i nie mówię tylko o pisaniu wiadomości, ale o zwykłej nawigacji obsługiwanej palcem wskazującym i dwoma kciukami.
Minus telefonu? Właściwie dwa - pierwszy to fakt, że gniazdo ładowania jest przyjemnie, (tak jak karta microSD oraz wyjście na antenę GPS), ukryte pod gumową klapką. Rozwiązanie teoretycznie dobre, bo zabezpiecza przed wszelkim syfem noszonym w kieszeni, ale umiejscowienie gniazda mini USB z boku oraz klapka, którą trzeba dość często otwierać i zamykać dobre nie jest, a wręcz denerwujące. No właśnie - powiedziałem, że klapkę portu USB trzeba często otwierać. Telefon ma dość dużą baterię (1940mAh) - ta niestety i szybko się rozładowuje i powoli ładuje - zarówno z komputera jak i ładowarki. Ponoć są lepsze i większe, z powiększonymi pleckami, ale na to już nie mam kieszeni ani budżetu. Chociaż pewnie dopiero z tą super duper baterią telefon zacząłby grubością i ciężarem przypominać Kaisera…

the dark knight

6 October, 2008 (21:47) | non-tech | By: vermin

Dwie godziny solidnej, wypakowanej niezłymi efektami specjalnymi, podlanej charakterystycznym sosem smyczków oraz dopełnionej pewną cyniczną wizją społeczeństwa, rozrywki. Nie dość, że uczta dla oczu, to trzeba przyznać, że odmalowany świat gotham city, miasta pełnego tego co w życiu nie najlepsze, przemawia do wyobraźni.
Jedynka ustawiła standard, dwójka była dobra na swój czas, robin i spółka ciency (chociaż carey w forever miał jak zwykle charakterystyczną rolę), begins podnosiło z powrotem serię, ale dopiero czarny rycerz powraca z mrokiem części pierwszej. Polecam.