vermin.eu.org

Specjalista IT na tru^Hopie

Entries Comments



dlaczego dobrzy informatycy robią rzeczy dłużej, czyli tzw. nos serwisanta

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (2 votes, average: 5 out of 5)
Loading ... Loading ...

29 May, 2009 (06:31) | inne (tech), tyrady | By: vermin | Wydrukuj

Wstęp, czyli wprowadzenie
Byłem nabyłem czasu swego urządzenia linksysa WAG54G2 do dzielenia internetu w sieci domowej drogą bezprzewodową, ponieważ mój ulubionym sprawdzony USR9108 do tej pory dumnie pełniący ta funkcję poszedł do ojca, który założył sobie neostradę jako sprawdzone rozwiązanie. Wyciągnąłem modem szarpiąc się ciut z kabelkami (przez prawie dwa lata nie widziałem routera na oczy) i po powrocie od ojca zacząłem instalować owo cudo linksysa u siebie.

Etap 1, czyli jestem dobry
Jako doświadczony insztalator oczywiście podłączyłem się do routerka drogą bezprzewodową i zacząłem konfigurację. Najpierw zrobiłem wszystko by hand zgodnie z najlepszą wiedzą. Na routerze żadnej reakcji - wcisnąłem ręcznie przycisk “connect”, który znalazłem gdzieś w menu, dioda synchronizacji ADSL mignęła… i zgasła po krótkiej chwili. OK, rekonfiguracja, dioda mignęła na dłużej… i kiedy już zaczynałem wierzyć, że działa - zgasła. Zgasła też ciut moja wiara w siebie.

Etap 2, czyli brat gugiel zawsze pomoże
Połączyłem się przez GPRSa, poczytałem fora i propozycje (jakże sprzeczne) nowych ustawień. Spisałem, zapisałem, przetestowałem. Niestety nie obudził się we mnie Cezar i internet nie pomógł przekroczyć mi tego Rubikonu :( Mój autorytet informatyka w oczach żony zaczął topnieć…

Etap 3, czyli jak nie działa to serwisuję
W trakcie etapu drugiego rzuciło mi się w oczy, że posiadana wersja firmware 1.0.0.10 może mieć siakieś problemy. Były one zgodnie z opisem zbliżone do moich, więc szybko wykopałem i ściągnąłem testową i niewspieraną wersję 1.0.0.15, która to zdaniem forumowiczów działa idealnie. Przejście na kabel do routera, aktualizacja firmware, ponowne wgranie ustawień… “Polepszyło” się tylko tyle, że próba synchronizacji trwa dłużej - ale z tym samym, zerowym efektem.

Etap 4, czyli “na łosia”
Na tym etapie chciałbym zauważyć, że ten model routera nie ma (nie znalazłem) dostępnych logów, konsoli, czy czegokolwiek co pozwalałoby zauważyć na czym polega i skąd się bierze ten problem. A ma to przecież najprostszy D-Link… Cóż - kupiłem urządzenie, które ładnie ma wyglądać stojąc obok PS3, to dostałem szmelc dla łosi.
No dobrze, skoro podejście inteligentne nie zadziałało, zrobiłem to, co robi łoś. Rozpakowałem instrukcje, mając siebie w pogardzie, wyjąłem płytę CD z autokonfiguratorem i uruchomiłem. oprogramowanie. Napisany łopatologicznie konfigurator zdeptał moją godność, inteligencję, tytuły naukowe, certyfikaty… i opluł na koniec komunikatem - nie działa.

Etap 5, czyli jak trwoga, to do dostarczyciela usług
No dobra - pomyślałem, czując się trochę lepiej, kiedy to moja godność podnosiła się powoli, niczym źdźbło trawy zgniecione ciężarówką wiozącą routery - skoro nic nie działa, to może awaria u operatora? Co prawda dookoła świecą się jakieś liveboxy, ale… Nie ma się co zastanawiać, dzwonimy. Podniosłem słuchawkę, wybrałem numer błękitnej… i nic. Nie działa. Nie działa? Jak to nie działa? Miedź nie działa?! MIEDŹ? MIEDŹ! W tym momencie wydawszy z siebie jakieś ryki, które obudziły moją lepszą i piękniejszą połowę ze snu, ruszyłem szukać kabli. Kabli z lat 80, które wyciągając stary router jak się okazało rozłączyłem. Śrubka, śrubokręt, minuta pięć i wszystko działa bez większych spięć.

Coda
Dlatego też człowiek, który wie, robi rzeczy dłużej - bo widzi więcej miejsc, które mogą być problemem. Zakłada błędnie, że jeśli coś przed chwilą działało (stary modem) to będzie działać (nowy modem). Normalny luser zacząłby od etapu 4 i w etapie 5 byłby szybciej niż ja zdążyłem to napisać.
Mój kolega, mający jak powiada “nos serwisanta”, zacząłby pewnie od gniazdka a nie od debugowania warstwy aplikacji i też byłby w internecie szybciej niż ja. Mówią, że po nitce do kłębka - ale zawsze zostaje definicja kłębka.
Cóż, pozostaje tylko zrozumieć, że jak producent traktuje klienta jak debila (brak instrukcji, brak sysloga, brak czegokolwiek) i daje mu jedną, jedyną prostą drogę, to należy ją sprawdzić najpierw, a nie robić “po polsku”, rozpoznaniem przez walkę… I co z tego, że tak napisałem, jak i tak wiem, że nie posłucham tej rady?

bezprzewodowa mysz i klawiatura

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

5 May, 2009 (13:18) | gadgets | By: vermin | Wydrukuj

Nastała moda bezprzewodowa - bezprzewodowe głośniki, sieć, telefony, radia, czajniki. Wszystko bezprzewodowe. Tylko jak człowiek chce kupić sobie myszkę i klawiaturę, to owszem, wybór jest, tylko nie wiedzieć czemu wszystkie takie dziwne - bo bez przewodowe… ale na USB. Pomyślałby kto - bzdura przecież mamy standardy bezprzewodowej wymiany danych - np. popularny bluetooth, zaimplementowany prawie w każdym laptopie a i lepszych stacjonarkach (dongle kosztuje raptem parę pln w końcu). Tylko, że nie wiedzieć czemu, jakoś tak mało z tej bezprzewodowości wspiera ten konkretny standard. Wszyscy korzystają z otwartego pasma 2,4GHz, zakłócając się nawzajem i współgrając z elektroniką (przykład: mysz oddzielny dongle, klawiaturka oddzielny, komórka na biurku… efekt - zero komunikacji). Bluetooth oczywiście działa w takich warunkach dobrze, ale po co być zgodnym ze standardem.

Oczywiście można kupić dobry zestawik bluetooth - np. taki Logitech DiNovo, wyjątkowo popularny u mnie w firmie. Tylko do domu, to jest somewhat pricey… No więc przyszło mi kupić cos tańszego, co zwie się Logitech Cordless Mediaboard. Było to “relatywnie” tanie (dwie stówki poszły, heh). Wczoraj miałem w końcu możliwość pobawić się tą klawiaturką - i to sparowaną z laptopem właśnie, a nie z PS3 (jak działa z PS3 sprawdzę next week).

Wrażenia? Czarne i błyszczy się (znaczy tak jak peesiak), znaczy wygląd może być. Parowanie poszło gładko - i to na szczęście nie na zasadzie kodu “0000″ tylko wygenerowanego klucza parowania. Tak, nie sprawdzałem, czy przypadkiem nie zapisanego na stałe w klawiaturze ;-) Chwilę się nią pobawiłem i cóż - ogólne wrażenie - value for money. A szczegółowo:

    Pro’s

  • czarna, smukła lekka, batteries included
  • touchpad na pokładzie, czyli mysz niepotrzebna
  • klawisze niewysokie, z delikatnym skokiem, ciche
  • gama klawiszy do sterowania multimediami w PS3 (nieprzetestowane)
  • przycisk power i dioda led do pokazywania stanu zasilania
  • touchpad ma wydzielone miejsce na scroll
  • dodatkowe przyciski lewy/prawy klawisz myszy na klawiaturze
    Con’s

  • touchpad jest umieszczony po prawej stronie i zabiera sporo miejsca - choć sam jest niestety mały, za mały
  • dodatkowo przez umieszczenie tam touchpada jak ułozy się standardowo ręce na klawiaturze, to zamiast trafić na “hjkl” prawą dłonią trafiamy na jakieś dziwne przyciski i enter
  • brak diodek dla caps locka (no ale nie są aż tak potrzebne)
  • brak bloku numerycznego (ale też za nim nie tęsknię - strzałki są)
  • czarna obudowa łatwo sie brudzi (tak jak PS3)
  • przyciski dodatkowe (for PS3) w PC (vista) dają średni efekt i nie chcą sterować multimediami - co pewnie wynika z faktu, że klawiaturka jest jednak for PS3

Podsumowując - dla mnie super, bo wykorzystywać ją będę zarówno do peesa jak i do laptopika. Do tych niedogodności da się przystosować - chociaż przy ciut dłuższej pracy jednak wyciągnąłem słuzbową USBowo-bezprzewodową myszkę (i tu swoją drogą polecam Logitech VX nano - nie jest bluetooth, ale lekkie, nadajnik w środku i nie wystaje za bardo z laptopa, działa z PS3 no i to kółko bezwładnościowe….).

Qrde, patrzę co napisałem i pozostaje mi tylko wysłać maila do logitecha z prośbą o sponsoring ;-)

Aaaa, kółka dwa (lub 2×2)

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

5 May, 2009 (12:45) | non-tech, tyrady | By: vermin | Wydrukuj

Weekendowa droga przez Polskę w majowy weekend na szczęście nie była jak to zwykle bywa usiana czarnymi workami, głowami w kaskach ale bez korpusów czy innymi smakowitymi widokami, które automatycznie powodują, że człowiek zdejmuje nogę z gazu. Ciepło zaczęło robić się wcześniej, więc pierwsza selekcja wanna-be-a-donor-or-a-plant przeszła wcześniej. No i dobrze, bo oglądam się zawsze w lusterkach (motory są wszędzie!) czy nie jedzie jakiś maniak na kółkach dwóch.

Niestety po ostatnim pobycie w nadmorskiej miejscowości mój szacunek dla (pseudo)motocyklistów minął jak ręką odjął. Być może oznacza to, że się starzeję, hell knows. Tak czy siak uważam, że:

  • prawo jazdy dla motocyklistów powinno być wydawane po testach psychologicznych, (jakby mogli to jeździliby po dachach samochodów), i weryfikowane co jakiś czas. Ja naprawdę lubię motory - ale sam jestem przykładem osoby, która nie powinna na nich jeździć, co może potwierdzić moja czeska motorynka rocznik ‘72,
  • powinni zgłaszać się na kontrole tłumików nie rzadziej niż raz na tydzień (a dla debili, którzy w tunelu wyją silnikiem, żeby pokazać, jaki mają czadowy motor wożę już w samochodzie teleskopową pałkę ze wzmocnieniem, żeby przebić się przez ten tępy kask),
  • człowiek złapany na motorześrodku lokomocji po pijaku powinien szybko szukać sobie ciemnego dołu, gdzie się połozy jak go zlinczują, (po co zabierać sprzęt - przecież kupi sobie drugi…),
  • quady powinny być prawnie zakazane bez względu gdzie jeżdżą (no, chyba, że jest to niewyczyszczony z niewybuchów poligon),
  • rodzice sadzający na publicznej(!) drodze nasto(10-15)latka na quadzie powinni mieć odebrane prawa rodzicielskie ASAP - szczególnie jeśli tak droga przebiega nad morzem i łażą tam matki z małymi dziećmi, średnio trzeźwi wczasowicze (tzw. ojcowie) i inna wesoła zbieranina.

Ja wszystko rozumiem - ale wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna wolność drugiego. I rozumiem, że brak jest w PL torów do jazdy - ale to nie zwalnia z myślenia o tym, że na otwartej drodze jeżdżą normalni ludzie z rodzinami. Chcesz się zabić? Jedź w las - przejedziesz się po lesie 80km/h i przeżyjesz - czadowo. Nie? No przynajmniej było warto…
Respect i do zobaczenia na trasie!

Pies i klecha

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

12 April, 2009 (22:48) | Prywatne, non-tech | By: vermin | Wydrukuj

Na święta, żeby utrzymać się w temacie, zakupiłem sobie nowy tomik Orbitowskiego-Urbaniuka - Pies i klecha - “Tancerz”. I niestety, chociaż pomysł serii i dotychczasowe opowiadania były dość ciekawe, muszę przyznać, że ten tomik mnie zawiódł. Nie wiem, czy to dlatego, że po pierwsze odwoływał się co krok do poprzedniego tomu i innych opowiadań, żeby pogłębić profil psychologiczny bohaterów (czy coś w tym rodzaju), czy też fakt, że dotyczył lat już nie PRLowskich, które są dla mnie same z siebie ciut fantastyczne w odbiorze, a przełomu lat 80/90, który to znam niestety. Tak czy siak, powieści nie polecam - ani w niej humoru Orbitowskiego, ani za wiele fantastyki. Ja wiem, że Mickiewicz wielkim poetą był, ale bez przesady, Dziadów w tym wydaniu niestety na cały tomik “syfy” nie starcza - to nie Лёд. Żeby pokazać głęboką filozofię nie wystarczy rzucić kilku cytatów z wieszcza.
Zdecydowanie nie polecam i radzę poczekać na lepsze czasy. Mam nadzieję, że “Święty Wrocław” okaże się lepszy - a właśnie “Wesołych Świąt”.

PKP dla matek

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

12 April, 2009 (22:12) | Prywatne, non-tech, tyrady | By: vermin | Wydrukuj

Ostatnio miałem możliwość podróżowania PKP. Nie ukrywam - byłem zaskoczony. Podróżowałem pośpiesznym, w drugiej klasie i… muszę przyznać, że byłem naprawdę zszokowany. Nie wiem z czego to wynika - może z faktu, że pośpieszne przeszły pod opiekę spółki Intercity, ale:

  • pociąg był o czasie na stacji odjazdu (pośredniej!) i na docelowej (także pośredniej!)
  • istnieją przedziały dla matek z dziećmi do lat 4
  • i są one dla matek z dziećmi do lat 4
  • istnieje miła obsługa pociągu, która otwiera taki przedział - i gdyby nie to, że moja małżonka podróżowała oprócz juniora także ze mną (duże, grube coś, odstraszające zdecydowanie ludzi) - dostała by klucz do przedziału, żeby nikt jej nie przeszkadzał!
  • cenowo było to lepsze niż transport kołowy
  • no i w pociągu junior ma miejsce do szaleństw, czego w autobusie a nawet własnym aucie nie uświadczysz

Ze zdziwieniem muszę przyznać, że polecam PKP. The times they are a-changin’?

McDonald’s Polska czy może raczej US?

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

12 April, 2009 (22:00) | Prywatne, non-tech, tyrady | By: vermin | Wydrukuj

Wkurza mnie, że firmy chwalące się jak to bardzo stają się lokalne, tak naprawdę mają nas w d. Wyobraźmy sobie taką hipotetyczną, jakżesz nieprawdopodobną sytuację. Wielka sobota, poranek, daleka droga przez Polskę i pusty żołądek. Najprostszy sposób - niesłusznie zwany restauracją bar szybkiej obsługi. Wielka sobota - ponoć post nie obowiązuje, ale cóż, zwyczajowo w Polsce jednak unika się jedzenie mięs (przynajmniej przed święconką). Cóż na to ów bar? “Czy jest ryba? Nie, są tylko śniadania, więc może kanapka z bekonem? Nie, poproszę coś bez mięsa. Mamy tosty z bekonem, coś tam z mięsem i jajko. Czy jajko jest z serem? Tak, ale może być z bekonem.” No tak - bekon kosztuje więcej.
Jakby nie można było przewidzieć, że są w Polsce okresy, kiedy nawet mięsożerni ludzie wolą unikać jedzenie mięsa i przygotować jakiś wybór na tą okazję. Nawet, jeśli i tak wybieramy pomiędzy różnymi rodzajami g. (ale przynajmniej świadomie ;-))

Bądźmy bliżej siebie, czyli nowa reklama HOOP Coli

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

12 April, 2009 (21:36) | inne (tech) | By: vermin | Wydrukuj

Dawno nie widziałem w TV reklamy, która by mnie rozśmieszyła. Oczywiście nigdy nie spróbuję tego napoju, będąc samemu zdeklarowanym fanem PEPSI od najmłodszych lat, niemniej reklama ciekawa (od 44 sekundy).

Twoje oprogramowanie jest za nowe, please downgrade.

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

25 March, 2009 (14:50) | inne (tech) | By: vermin | Wydrukuj

Adobe Reader to standardowe oprogramowanie do przeglądania PDF. Niemniej jak się okazuje jego wpływ na życie administratora systemu ERP potrafi być dość zaskakujący. Praca wre, otwartych kilka okien i sesji do kilku systemów. Trzeba przejrzeć poprawki - standardowo ściągamy poprawkę, otwieramy w systemie w postaci PDFa a tu nagle wszystkie otwarte okienka znikają bez ostrzeżenia, bez zapisania zmian, bez niczego - jakby przeszedł Kononowicz. Chwila diagnostyki i wiadomo - Acrobat w wersji 9 jest za nowym oprogramowaniem dla SAP… Dobrze, że Adobe wciąż udostępnia starsze wersje softu
Swoją drogą nie tak oczywisty czas życia produktów Adobe (w tym readera).

Wersje oprogramowania czyli jak ogłupić administratora

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

24 March, 2009 (11:06) | inne (tech) | By: vermin | Wydrukuj

Środowisko ERP znanego niemieckiego producenta systemów tego typu działa na wielu systemach operacyjnych. Zakłada ono, że administrator takowego systemu ERP nie za bardzo będzie potrafił weryfikować jak działa sam OS. Znaczy - oczywiście, że będzie potrafił, ale lepiej przecież dać mu kontrolki w jego ulubionym systemie. W związku z tym wymyśliły sobie owe niemce, że postawią proces saposcol, który to będzie zbierał statystyki owego OSa.
W takcie audytu takiego środowiska wyszło, że posiadana przez klienta wersja owegoż zbieracza to 20.81 (bo taka weszła wraz z jądrem systemu) a zalecana to minimum 20.94. Wszystko wiadomo, trzeba tylko ściągnąć z portalu producenta odpowiednią wersję pakietu i podegrać. No i tu zaczynają się schody. System działa na starym jądrze 46D_EXT. W związku z tym z tego obszaru pobieramy wersję oznaczoną jako 98… i okazuje się, że to właśnie 20.81. Więc pobieramy starszą (oznaczoną jako 92), przecież ktoś mógł się pomylić i źle umieścić plik. Odpalamy tylko po to, żeby zobaczyć, że jest to wersja 79. No dobra. Stwierdzamy, że pojedziemy po bandzie i wgramy fragment jądra 7.00 (tak ze dwie generacje nowszego) oznaczony jako wersja 69. Nie powinno zadziałać - widać, że zupełnie nie zgadzają się wersje.
Nie jest niespodzianką, że okazało się to jądrem 20.95, prawda? Przecież tego oczekiwaliśmy? Żeby sobie unaocznić głupotę, znalazłem ten sam plik w jądrze pośrednim (640) oznaczonym jako wersja 94… która okazała się także wersją 95.
Tylko teraz niech ktoś mi powie, jaka właściwie wersja powinna chodzić na produkcji, he?

walę w tynki, czyli spodziewaj się niespodziewanego

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (1 votes, average: 5 out of 5)
Loading ... Loading ...

14 February, 2009 (21:47) | inne (tech), sql, tyrady | By: vermin | Wydrukuj

Sobota. Okno serwisowe. W planach upgrade bazy danych, binariów systemu ERP systemu produkcyjnego. Rzecz rutynowa i przetestowana już dwukrotnie bez problemów w środowisku testowym. Oczywiście wiadomo - środowisko testowe dlatego nazywa się testowe, że tam wszystko działa (w przeciwieństwie do produkcyjnego, które z nazwy, produkuje błędy). Nie wiedzieć czemu miałem nadzieję, że czynność, która po przeprowadzonych przygotowaniach, testach, opracowaniu dokumentacji (szczątkowej, ale czytelnej dla admina) wydawała się rutynowa, pójdzie świetnie. Opracowałem 10 punktowy plan działania, opracowałem prostą procedurę ratunkową zakładając, że jak ją mam to nie może się nie udać. A tu zaskoczenie - może :-)
Po aktualizacji bazy danych przy próbie podłączenia pojawił się pierwszy komunikat ORA-12705 mówiący, że nie ma zmiennej. Zmiennej, która była, była dobra i właściwa, wskazująca na pliki, które były. Więc zrobiłem quick & dirty trick, po którym, przy startup migrate zobaczyłem już tylko ORA-0600. No to się porobiło. Suma sumarum okazało się, że poprzedni administrator, podczas poprzedniego upgrade zrobił dobrze systemy testowe, za to produkcję pojechał w stylu quick & dirty. Nie ukrywam - tego się nie spodziewałem. Cóż, teraz tylko poczekać aż system wstanie z backupu i spróbujemy zrobić resume od momentu wywałki. Gorzej jeśli to się nie uda - trzeba będzie odtworzyć całość i ponowić dzień roboty, co przy tempie mojej archaicznej biblioteki trwa i trwa… A okno serwisowe się kończy i za chwilę “leśne zioło, leśne zioło, niech nie będzie nam wesoło”.

A na koniec słowo prawdziwych narzekań - pamiętajmy wszak, że dziś 14 luty, data jakżeż słodko kojarząca się wszystkim zakochanym. Także mojej żonie, która dzięki splotowi niewiarygodnych dla nietechniczej kobiety przypadków ma mnie znów jedynie remotely :(

MS08-067 i restartowanie komputera

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (2 votes, average: 5 out of 5)
Loading ... Loading ...

26 October, 2008 (22:58) | bezpieczeństwo, microsoft, windows | By: vermin | Wydrukuj

Jak już wszyscy powinni wiedzieć jest poprawka MS08-067 którą trzeba zainstalować - z tego drugi blaster za krótką chwilę będzie bo exploity już działają. Problem jest na tyle poważny, że M$ wypuściło poprawkę nawet do NT4 (jak ktoś ma kontrakt wsparciowy).
Jak prawie każda poprawka M$ także ta każe restartować komputer po aplikacji. Co prawda o ile jest to fajne dla stacji roboczych, to dla serwerów już nie (chociaż w M$owym świecie to nie do końca takie pewne). Na szczęście admini mogą tęże poprawkę zassać i zainstalować ją z parametrem /norestart. I tu pojawia się pytanie - czy tak załatana stacja jest załatana czy nie? Teoretycznie na dysku znajduje się nowa wersja pliku (tu: biblioteka netapi32.dll), więc nowe procesy (nie wątki?) będą działać z nową biblioteką. Niemniej w pamięci chyba znajduje się stara wersja biblioteki i dopóki nie przeładujemy serwisów korzystających z tej biblioteki to odwołanie może wykorzystywać niewłaściwą wersję biblioteki ergo będziemy niezałatani. Teoretycznie wystarczy zrestartować serwis “Serwer”- ale w wypadku tej biblioteki to nie tylko ten serwis, co można łatwo zaobserwować process explorerem. So? Restartujemy wszystkie serwisy czy serwer? I czy aby na pewno restart serwisów pomoże? A może jednak, skoro patch wspiera przełącznik /norestart to tylko upewnienie się, że na pewno się zaaplikuje?
Cienia światła nie rzuca na to nawet artykuł kb o hotpatchingu, który w tym wypadku nie ma zastosowania. Moim zdaniem w tym przypadku trzeba przeładować wszystko co odwołuje się do biblioteki - ponieważ inaczej jest ona w pamięci w niewłaściwej wersji, ale pewien do końca nie jestem.
Swoją drogą - ciekawe jak to jest, że w linuxie łatam SSH, restartuję serwis… a jednocześnie zupełnie nie mam straty połączenia/sesji?

cieć, znaczy administrator

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (1 votes, average: 5 out of 5)
Loading ... Loading ...

26 October, 2008 (21:16) | non-tech | By: vermin | Wydrukuj

Swego czasu szukałem sobie pracy zdalnej w USA - no i oczywiście, jako tzw. specjalista IT, patrzyłem w stronę administratora. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy pierwsze oferty, na które trafiłem były z leksza dalekie od branży.

Dziś kolega zapytał mnie, czy w CV wpisać “administracja serwerem, czy serwera?”. Wytłumaczyłem mu, że administracja serwera to stado małych ludzików, co każą urządzeniom odwoływać się do procesora a także kolejkują przychodzące petycje i wydają decyzje. W zasadzie administracja to także Ci ciecie, co czyszczą kolejki, noszą bity w kubełkach i takie tam.

No właśnie - w zasadzie w języku polskim administrator z definicji to taki cieć jest, gospodarz domu bardziej niż wyspecjalizowany personel techniczny zwany w dawnych czasach SysOpem (Maloka, Fido…). Co to właściwie znaczy administrować sprzętem? W języku angielskim jest to rozróżnienie - administrator i system administrator, a język polski jest w tej sprawie dość giętki - wg sjp.pwn.pl administrator «osoba lub instytucja zarządzająca czymś». Wiki też podaje jedynie specjalne znaczenie słowa administrator - administrator (informatyka).

Mnie to jakoś deprymuje - bo jednak widzę różnicę pomiędzy pracą swoją, a niejakiego Anioła (chociaż on to miał zapędy na niezłego BOFHa - o i tu pojawia się słowo “operator”!). Czyż nie lepiej nazywać się jakoś tak lepiej? Gospodarz, ekonom albo “Master And Commander”? ;-)

Prawdopodobieństwo wystąpienia awarii środowiska IT, czyli gdy psuje się niepsuwalne

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (1 votes, average: 5 out of 5)
Loading ... Loading ...

26 October, 2008 (16:52) | inne (tech), linux, troubleshooting, tyrady | By: vermin | Wydrukuj

Ostatnio znów zniknąłem z blogosfery. żeby tylko to - zniknąłem także z życia służbowego, prywatnego i w ogóle zniknąłem, bo miałem jakżesz wątpliwą przyjemność przetestować zaawansowane procedury data recovery, ale zacznijmy od początku…

Jest sobie środowisko. Zacznijmy od prostych blach - trzy serwery, dwa spięte w klaster HA pomiędzy nogami którego buja się szczególnie ważna aplikacja (SWA) oraz środowisko zarządzania kopiami zapasowymi (ŚZKZ), a na trzecim środowiska rozwojowe dla SWA. Skoro mamy pokryte blachy, to warto zastanowię się skąd SWA ma brać dane - dane oczywiście idę z podpiętej w pełni zduplikowaną infrastrukturę SAN macierzy. Sama macierz też chodzi w trybie 10… i dodatkowo jest zmirrorowana w trybie active-active z drugą bliźniaczą macierzą. Bezpiecznie nieprawdaż? W zasadzie moja praca jako opiekuna (administratora, tudzież ciecia) tego środowiska powinna się sprowadzać do tego, żeby co rano spojrzeć czy to działa i udać się do innych Bardzo Ważnych Zadań SWA. Ba, w zasadzie po co patrzeć na te serwery, wystarczy patrzeć, czy przychodzi mail od środowiska, że wszystko działa, a nawet nie patrzeć, tylko niech inny skrypt pilnuje, czy co godzinę ów mail przychodzi do skrzynki. Wygląda jak złoty sen administratora… Tu niestety do tej pięknej opowieści wkradają się trzy szczegóły, które za chwilę zburzę ten piękny wizerunek:
a) środowisko ma już ponad 6 lat i nic było modernizowane (chociaż chodzi 24/7/365),
b) jakoś tak nie mamy na to wszystko umowy supportowej,
c) jestem jedynym administratorem tegoż cuda…

Przychodzi sobie piątkowe popołudnie. Wszystko świeci się na zielono, wszystko działa i śmiga i nie pluje żadnymi błędami. Planowo, po raz pierwszy od półtora roku (wtedy jeszcze działała umowa supportowa), zgodnie z procedurę, (a co - przy takim środowisku trzeba mieć Procedury), wyłączam całe środowisko bo w serwerowni odbędzie się Modernizacja i przy okazji wymieniam jeden uszkodzony dysk (sygnalizował błędne operacje I/O) w macierzy na nowy. Wszystko jest pięknie, weekend zapowiada się słoneczny, piękna polska złota jesień. Nic nie wskazuje, że już niedługo, już za chwilę… ale nie uprzedzajmy faktów. W sobotę wczesnym popołudniem zjawiam się w firmie, żeby włączyć swoje pozostałe serwerki i przy okazji włączam switche SAN, żeby te już się rozbujały do wieczora, kiedy wpadnę zabawię się z resztę. Nadal wszystko świeci się na zielono - czad. Sobota wieczór, trza by iść na jakiś złocisty napój, odpocząć od trudów dnia codziennego - no ale wcześniej podskoczmy do firmy i włączmy resztę zabawek. I tu drodzy czytelnicy zaczyna się epopeja pod tytułem - co się może popsuć i jakie mieć reperkusje. Proszę pomyśleć… a potem przyznać sobie punkty.

Zgodnie z procedurę włączania środowiska wszystko wstaje, obserwuję sobie klaster, obserwuję trzeci serwer… paczki na klastrze są w trybie starting by zaraz przejść do running… Do running q… a nie do disabled! Tadam - wszystkie bazy sypnęły błędami o uszkodzonych plikach. Spoko, spoko - mamy backup, zaraz się zrobi szybkie data recovery, nie ma co panikować. Włączam ŚZKZ… który nie wstaje. Rzut oka na klaster… no tak - on też leży i sypie błędami. Do wieczora udało się zmusić ŚZKZ do teoretycznie poprawnej pracy. Wkurzony i zmęczony przyszedłem do pracy w niedzielę, przetestowałem kilka scenariuszy możliwych do zrobienia, kilkanaście nic nie wnoszących niemożliwych i cóż, cztery litery z tyłu ciała. żeby przejść jeszcze raz w pełnym debuggingu, zgodnie z sugestią znajomych kładę i podnoszę zgodnie z procedurę środowisko raz jeszcze. I tu cud! Nie tylko nie podniosło się, ale wyeskalowało się bardziej krzycząc, że mam sobie fsck’nąć systemy plików… Co śmieszniejsze, ŚZKZ wciąż, nieubłaganie pokazuje, że nie ma backupów SWA możliwych do odtworzenia późniejszych niż grudzień 2007… Spakowałem rzeczy, żeby ewentualnie mniej wynosić w poniedziałek z pracy jak już mnie zwolnię i „lekko” zdenerwowany poszedłem spać, bo to już późny wieczór był i nikt telefonu nie podnosił.

Poniedziałek przyniósł oczywiste rozwiązania - coś walnęło macierzy, która rozwaliła systemy plików i te zwalone rzeczy posłusznie zsynchronizowała. Cóż możemy robię, kiedy ŚZKZ też leży na macierzy i działa jak działa? Wtedy zdarzył się cud - dostaliśmy wsparcie (które zgodnie z brakiem wcześniej wykupionego powinniśmy dostać za 4 dni najwcześniej). Diagnoza zdalna i moja lokalna serwerów wykazała, że macierze działają poprawnie, wszystko jest ok, a błąd… cóż, zjawił się i zniknął (jeden z serwerów nie widział obydwu macierzy, drugi widział obie, a trzeci…). Teraz działa, mamy dataloss i trzeba robić recovery. Po długiej walce z superszybkimi tasiemkami LTO-1 udało się odtworzyć ŚZKZ z w miarę spójną bazą, zaimportować tasiemki, które się dało, wybrać wiarygodną i jechać. Dla umiejscowienia dat - awaria 10.10, najlepsza taśma traktowana jako punkt startu – 04.10 (albo jeszcze wcześniejsze jeśli ta nie pójdzie). Tak wyszło. Rozpoczynam odtwarzanie, idziemy w odtwarzaniu Oracle o krok za daleko i… ORA-0600, ORA-0600, ORA-0600… No dobra, wracamy do ponownego odtworzenia z tasiemki… a tasiemka nagle mówi “ojej, ale ja gubię pozycję, ależ jestem zagubiona…” i ze zdrowego zielonego koloru czerwieni się. Ja też się czerwienię bo wzrosło mi ostro ciśnienie.

W tym momencie było bosko - 18 godzin pracy z serwisem na linii (licząc od soboty – 4 dzień awarii) i jestem w punkcie wyjścia. Cóż, restart serwerów, FSCK -o full filesystemów (który sypnął sobie czymś żeby dorzucić ponownie swoje 3 grosze), a w szczególności wszelkich montowanych woluminów LVM, parę długich i niepewnych chwil magii nad ŚZKZ, taśmą oraz napędami i udało się. Odtwarzamy. Poszło, SWA wstała. Co prawda w procesie straciliśmy dane z jednego dnia (bo pechowo aqrat tam coś się znalazło przy fscku), ale czym to jest wobec grudnia 2007?
Zaczynało świtać, była środa 15.10.2008… Potem już tylko odtworzenie trzeciego serwera i rekonfiguracja ŚZKZ, który w trakcie odtwarzania był traktowany wyjątkowo niehumanitarnie i wyrzucano z niego co akurat nie pasowało i wrzucano coś, co miało działać.

Straty? 5 lat życia z powodu nerwów, kilka nocy bez snu, środowisko któremu nie można ufać (boimy się wykonać restartu macierzy i serwerów bo…), backupy, które teraz powinniśmy odtwarzać z boku i testować ale nie ma na czym, padające dyski (jak zacząłem pisać raport z awarii… to poleciał kolejny dysk w macierzy - i to nie tak, że sypnął błędami - po prostu zniknął, no i dodatkowo brak wsparcia (patchy, etc.). SWA po odtworzeniu też ma jakieś humory chociaż baza działa poprawnie a i same środowisko SWA nie wykazuje błędów :/ Ogólnie jest niefajnie. Ale to nic - po tym jak wszystko stało i pozycja mojego przełożonego nie okazała się wylotowa dowiedziałem się, że: nie pojadę na szkolenie administracyjne, (po co - przecież udało się odzyskać i wiem jak to robić), nie ma dziękuję – za to gdzie są rzeczy, które miały być gotowe w poniedziałek i czemu się tak opierdzielam z nimi? Nóż się w kieszeni otwiera… Szczególnie jak pomyślę ile godzin bez spędziłem w pracy (od niedzieli do czwartku prawie non-stop, a od poniedziałku do środy faktycznie mieszkałem w firmie bez snu). Niestety nie ma kiedy tego wykorzystać i pewnie przepadnie :|
I co gorsze, ponieważ jednak w środę już działało od rana (”jedynie” dwa dni niedostępności środowiska) i ludzie rzucili się do uzupełniania danych i odtwarzania utraconego dnia, to uznano, że sobie chyba doskonale radzimy i może zostać jak jest… Następnym razem przy awarii się rozchoruję chyba.

Jakie są plusy? Faktycznie jak to podczas awarii bywa, sporo (i szybko!) się nauczyłem, w szczególności studium z nekromancji “Jak ożywiać umarłych na przykładzie taśmy ultrium” oraz „szacowanie ryzyka w systemach informatycznych czyli nie wierz w technologię jeśli wiek sprzętu przewyższa 5 lat”. Dodatkowo przetestowałem jak zachowuję się w sytuacji mocno stresowej – wyszło w miarę ok. No i dowiedziałem się ile czasu można nie spać i w miarę wydajnie pracować…

active sync, exchange, internet i 80072f78

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading ... Loading ...

26 October, 2008 (14:32) | microsoft, networking, poczta, windows | By: vermin | Wydrukuj

Od jakiegoś czasu, (upgrade WM5 do WM6), PDA podłączone przez USB do komputera nie potrafiło zsynchronizować się z Exchangem. Samo robiło to dobrze - przez komputer w żaden sposób. Moje drugie PDA ma ten sam problem. Ponieważ stawki za net przez GSM są niewielkie, do tej pory ignorowałem problem (wystarczyło w konfiguracji WIndows Mobile stwierdzić, żeby mógł wykorzystywać modem GSM). Teraz jednak, ponieważ kryzys idzie, stwierdziłem, że trzeba zmniejszyć koszty i rozwiązać ten problem. Znaczy żaden to problem bo wrzucenie kodu błędu w google’a od razu zwraca rozwiązanie. W skrócie dla nie anglojęzycznych:
Albo:
uruchom regedit i dodaj do rejestru w gałęzi HKEY_LOCAL_MACHINE\SOFTWARE\Microsoft\Windows CE Services wartość typu DWORD o nazwie AllowLSP (domyślnie ma 0 więc to wystarczy),
Albo zapisz poniższe jako plik synchro.reg, dwuklik, tak, ponów synchronizację w ActiveSync.

REGEDIT4
[HKEY_LOCAL_MACHINE\SOFTWARE\Microsoft\Windows CE Services]
“AllowLSP”=dword:00000000

Problem leży w fakcie, że ów LSP (Layered Service Provider) to komponent Windows pozwalający na wpinanie się DLLkom (w tym aktywnemu synkowi) w stos sieciowy i modyfikowanie ruchu (w tym - wstrzykiwanie i wyciąganie pakietów). Jakoś okazuje się, że to rozwiązanie potrafi sprawiać problemy i wtedy lepiej przejść do modelu sprzed wersji 4.2 AS - czyli wyłączyć AS dla LSP powyższym kluczem.
Swoją drogą to oznacza, że warto przejrzeć co nam się powpinało w stos, że standardowe rozwiązanie nie działa…

MTS 2008 wyliniałym okiem

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (2 votes, average: 5 out of 5)
Loading ... Loading ...

9 October, 2008 (23:52) | Prywatne, microsoft, tyrady | By: vermin | Wydrukuj

Jak to zwykle bywa, raz do roku Microsoft organizuje dużą imprezę. Czy to DevDays, TechDays, WhateverDays czy właśnie MTS wypada tam bywać. Dlaczego? Nie ma co ukrywać, że produkty MS są dominujące, są wszędzie - więc nawet jak się z tą prawdą nie zgadza, to warto tam być chociażby z jednego powodu - know your enemy. Dla mnie osobiście MTS to możliwość porozmawiania z ludźmi z branży, podyskutowania o tym co się dzieje, przedyskutowania problemów i obejrzenia cóż takiego firma z Redmond uszykowała nowego.

Niestety tegoroczny MTS był ponownie zorganizowany w tzw. Pekinie, zwanym potocznie także pajacem (chodzi o ten spiczasty budyneczek w centrum Warszawy) co ma jedną niezaprzeczalną zaletę - jest w centrum więc ciężko nie trafić a potem jeszcze łatwiej pójść się … odstresować. I to niestety tyle jeśli chodzi o zalety. Oczywiście, żeby oddać cesarzowi co cesarskie, zanim zacznę wytykać rzeczy które mnie (eufemizm) zdenerwowały, mogę ze spokojem ducha przyznać, że to była dobra konferencja, można było dużo zyskać wiedzy, spotkać znanych w branży ludzi i w związku z tym warto dalej robić konferencje MS (i warto w nich uczestniczyć), ale o tym jeszcze na końcu.

Dobrze - skoro podałem cele jakie przyświecały mojej obecności na MTS, wróćmy do początku - czyli do rejestracji. Jak zwykle rejestracja odbywała się via strona WWW. Całkiem normalnie zrobiona, można było się zapisać na sesje i tym razem przynajmniej moich nie pogubiło. Można było w końcu fitrować sesje wg poziomu trudności (>200 preffered), zainteresowań (adm, dev, menago) i kryteriów czasowych. To było przyjemne i proste.
Po jakimś czasie dostałem pocztą badge konferencyjny, sprawdziłem czy aby sesje mi się nie pozamieniały. I to także było dobre.
Tak czy siak, dnia 8.10.2008 dotarłem z domu chłopa, zwanego teraz gromadą (tu uczynię dygresję - zaskakującym jest dla mnie zmiana nazwy z domu chłopa na gromadę przy zmianie ustroju z soc na kap. Ponoć kolekrywizacja to właśnie dawnoporządkowe działanie…) do pajaca. Rejestracja przebiegła szybko - ot przeskanowano mnie jakąś czerwoną wiązką i zabrało to sekundę. Wszystko. Popatrzyłem i uznałem, że to też było dobre. Bardzo dobre było to, że materiały konferencyjne rozdawane zazwyczaj przy rejestracji co zabierało dużo czasu zostały wypchnięte gdzieś, żeby odebrać sobie kiedyś. Plus dla organizatorów logistyki - niestety też ostatni.

Więc jestem w środku. Ustalam szybko swoją pozycję, obdzwaniam team i wiemy gdzie uderzamy. Sesja generalna. Żeby utrzymać wojskowy dryl wchodzimy krokiem marszowym na salę i zajmujemy z góry upatrzone pozycje pilnie obserwując salę. W utrzymaniu klimatu wspiera nas muzyka z mission impossible (i tu kolejna dygresja - dobrze, że organizatorzy chociaż zdawali sobie sprawę na co się porywają robiąc największą konferencję w kraju nieprzystosowanym do zbiorowisk masowych innych niż pod chmurką). Dym idzie z aparatury i zaczyna się show. Na scenę wychodzi jakiś ważny dyr z MS ,zwany roboczo Ziutkiem, odpowiedzialny ponoć za marketing, który mówi tak nieskładnie, że dobrze, że to nie on tworzy kampanie reklamowe. Ziutek na pełnym luzaku zaprasza na scenę dwóch prezesów (Dell i Intel) i zaczyna dukając zadawać im pytania - oczywiście z kartki, bo przecież jakże by inaczej. Panowie Prezesi zaskoczeni takim brakiem profesjonalizmu nie za bardzo wiedzą co powiedzieć i mają nadzieję, że farsa szybko się skończy, a po chwili uchodzą chyłkiem za kulisy. Potem na scenę wkroczył kolejny specjalista MS. Ten potrafił mówić. Tak jak Wołoszański. I dokładnie tak przedstawił rozwój wstążki znanej i jakże lubianej z office 2k7. Nie było źle - powspominałem historię oglądając screen shoty z Wordem 2.0 (którego pudełko z dyskietkami, instrukcjami, nakładkami na klawiaturę vel. zestawieniem skrótów klawiaturowych, stoi u mnie na szafie do dziś dnia), popatrzyłem na rozwój bloatware’u - bo inaczej tego się nie dało nazwać, i gdy już mój wyprany mózg uznał, że bombardowanie Drezna, tfu, wprowadzenie ribbona było uzasadnionym i jedynym słusznym faktem historycznym na scenę wkroczył specjalista z TP. Nie był co prawda urbanistą (dygresja numer 0×400023: w TP osiągnęli jak dla mnie kolejny etap rozwoju korporacyjnej nowomowy tworząc urbanistów, kierowników przepływu i inne cudne tytuły które brzmią dla homo noncorporatus odpowiednio jako specjalista do spraw charakteru miasta oraz wodnika szuwarka), ale mówił wiele o projektowaniu portali i… nie wiem o czym, podstępne siły wroga musiały mnie zaskoczyć, zamroczyć i porzuciły tak, że dopiero po chwili ocknąłem się jak rozdawali jakieś wyróżnienia i nagrody. Ponieważ byłem niezdolny do ruchu nie wdrapałem się na scenę, żeby odebrać to co powinno być moje - pozwoliłem innym czerpać sukces i zadowolenie.

Tak - po sesji generalnej dokonaliśmy przegrupowania i każdy oddalił się zająć z góry upatrzone pozycje dokonując wcześniej rekonesansu. Ustaliliśmy położenie kluczowych punktów (papu+drinks) i… Cóż, od tej pory zaczęło się everyman for himself. I od tego momentu mogę spokojnie zacząć narzekać (bardziej niż na sesję generalną). Żeby ustrukturyzować swoje problemy podzieliłem je na trzy główne grupy:
- żarło,
- komunikacja,
- ludzie, możliwości i czas.

Żarło. To nie ukrywajmy na konferencji rzecz potrzebna - i nie chodzi tylko o lunch na którym można spokojnie porozmawiać ze współbiesiadnikami ale o złapanie czegoś do picia po obecności w dużej grupie brzuchatych panów takich jak ja, którzy wydzielają więcej ciepła niż zapakowana szafa rackowa kasetowych serwerów IBMa. I tu pierwsza wtopa. Woda jest, ale jest też darmowa Pepsi. Ponieważ Pepsi is more then cola, chciałem z chęcią zakosztować tego czarnego złota. Niestety tak samo pomyślały setki innych uczestników i mieliśmy “socjalistyczne podejście do sklepu” zwane także algorytmem kolejkowania. Kolejki były tak duże, że wrzuciłem na luz, hapsnąłem kanapkę wysypywaną przez obsługę na stół jakby wyrzucali śmieci (widać rodzice nie uczyli - szanuj jedzenie) i poszedłem po kawę. Tu nastał drugi cud. Na cztery czy sześć ekspresów na sali działały już tylko 2… Z czego jeden nalał mi taką lurę, że wylałem czym prędzej bo to do picia się nie nadawało. Bez kawy człowiek zły i głowa pęka, więc odszedłem z leksza niezadowolony…
Napoje to naprawdę jest opowieść na MTS - oważ Pepsi pierwszego dnia dość szybko się skończyła - drugiego dnia dla odmiany skończyły się kubeczki. Bosko. W związku z tym najczęstszym widokiem byli ludzie korzystający z automatów z których kupowali sobie napoje za swoje pieniądze. Jak do tej pory nie winię za nic MS - to firma robiąca catering zawaliła sprawę (i nie mówię tu tylko o lunchu, który dopiero drugiego dnia miał jakikolwiek smak). MS winię za jedną rzecz - nie pomyśleli organizując konferencję w tak dużym budynku, że ludzie chcą po prostu łyk wody… Dla zobrazowania przytoczę tu angdotkę. Miałem dwie następujące po sobie sesje gdzieś głęboko (dosłownie) w trzewiach budynku, w salach kinowych kinoteki. Po sesji chciałem się napić wody - o widzę młodą parkę w koszulkach z napisem obsługa korzystającą z kinowych dystrybutorów. Podszedłem poprosić o coś do picie. Odmówili odsyłając mnie na półpiętro, gdzie był rozłożony jakiś catering. OK - półpiętro to żadna odległość - poszedłem. Niestety na półpiętrze okazało się, że to Sala VIP i nie mogę dostać nawet łyka wody, bo jestem pospólstwem i brudnym robactwem (a czego oczekuję z drugiej strony mając ksywkę vermin, nawet jak jestem ubrany w dobry garnitur) i nie zakłócę spokoju tej sali. Spokoju - bo poza ochroną sala była pusta… Nic to, przecież wystarczyło przejść kilka pięter w górę, kilka korytarzy, odstać swoje w kolejce i już mogłem się czegoś napić. Oby ten co zamawiał napoje posiedział kilka godzin w spiekocie w unieruchomionym samochodzie przy polnej drodze, tfu.

Dotknąłem tu drugiej ważnej rzeczy - znów niezawinionej bezpośrednio przez MS. Komunikacji. Ja rozumiem, że ciężko znaleźć w PL budynek, gdzie tabuny ludzi o różnym statusie społecznym i zawodowym przemkną niedemolująco dla budynku i tych ludziów będzie stado ogromne. Rozumiem, że budynek taki z reguły jest duży i rozległy - człowiek bywa tu i ówdzie i nawet konferencje w Hiltonach czy innych Sharatonach cierpią na tego typu bolączki. Ale wobec tego po co robić jedną taką wielką imprezę? Dlaczego, żeby dojść gdzieś muszę biegać kilometry tracąc na to większość z 20 minutowej przerwy kawowej? W szczególności, że przedzierać się muszę przez zatłoczone przestrzenie obok sceny dla spikerów, food courty i inne wąskie gardła w postaci schodów (np. dojście do sal C…J miało tak wąskie gardło pomiędzy food courtem a salami, że przecisnąć się tam to porażka). Niestety przestrzenie były tak wielkie, a czasu tak mało, że okazało się, że wiele z tego co mógłbym zobaczyć i dotknąć umknęło mojej uwadze… A było z czego skorzystać.

No właśnie - czas. Podstawowym dobrem na tej napakowanej featurami konferencji (za co chwała MS) był czas. I to jest minus jednej konferencji dla wszystkich. Niby ma być dobrze. DEV, ADM i MENAGO pod jednym dachem. Niby można skorzystać z egzaminu MS sporo taniej, są laby ze scenariuszami dotyczącymi nowych właściwości dopiero co wprowadzonych produktów oraz scenariuszami biznesowymi wykorzystania istniejących rozwiązań. Niby można porozmawiać z ekspertami z różnych dziedzin. Niby można podejść do partnerów konferencji i porozmawiać o oferowanych przez nich rozwiązaniach. Niby można ze spokojem podczas przerwy kawowej porozmawiać z ludźmi over a hot cup of java (inside or outside). Niby można skorzystać z ciekawych prowadzonych sesji. Ba, wychodząc zauważyłem, że w konferencyjnym pędzie przegapiłem pokój dla społeczności w którym nie wiem co było. Jak widać można wiele… Tylko z mojego punktu widzenia nie było jak. Dlaczego? Jak porozmawiałem z partnerem o ciekawych rozwiązaniach to zawaliłem połowę sesji na którą chciałem iść i porozmawiać z prowadzącym. Jak już porozmawiałem z prowadzącym sesję, to okazywało się, że skończyła się przerwa i muszę pędzić na następną nie mogąc się napić kawy. Jak się napiłem kawy i wyszedłem na zewnątrz porozmawiać, (niektórzy rozmówcy potrzebują dodatkowej dawki tlenu), to potem pędem się leciało na kolejną sesję, rozmowę albo żeby wypić tą małą kawę/pepsi/wodę. Jak podczas biegania porozmawiało się z ekspertami, to znów coś ulatywało. O labach czy egzaminie w takim scenariuszu mogłem spokojnie zapomnieć… Więc po co coś takiego? Po co organizować tak dużo, kiedy tak mało (podkreślam - relatywnie mało) można skorzystać? Na sesjach w takiej gromadzie, gdzie było mniej ludzi, wszystko było bliżej (nawet pomimo węższych wąskich gardeł) sporo dało się zrobić. Ale może dlatego, że wcześniejsze imprezy były mniejsze i dedykowane? Przykład - kiedyś na tego typu zjazdy, gdzie był jasno zdefiniowany target przyjeżdżali wendorzy z ciekawymi rozwiązaniami sprzętowymi (adm) lub produkujący produkty ściśle dedykowane (dev). Teraz była jakaś pulpa która proponowała g. Znaczy szkolenia były jak zawsze, promise był jak zawsze, intel był jak zawsze (ale to też tak naprawdę 4 enterprise rozmowy) ale gdzie inni? Gdzie mogę popatrzeć jadąc już na konferencję co się dzieje w sprzęcie/usługach?

Reasumując. Moim skromnym zdaniem konferencja była ciekawa i jest wyjątkowym zjawiskiem na polskim rynku adresowanym do każdego. Warto żeby Microsoft organizował takie imprezy ponieważ można (teoretycznie) i sporo dowiedzieć się o nowych/istniejących produktach jak i zobaczyć co w branży piszczy, Niestety chęć pokazania wszystkiego jednocześnie dla wszystkich spowodowała, że nie można było wynieść z niej tyle, ile faktycznie, przy innej ciut organizacji eventu, wydaje się że by było można. Cóż - w końcu najważniejsze jest posiadać największą imprezę w C&EE, n’est-ce pas?

Drogi czytelniku - jeśli dotarłeś do tego miejsca moich wywodów - gratuluję. Możesz zawsze podejść do mnie, powołać się na to zdanie… i pójść ze mną na wino/piwo (jeśli masz coś ciekawego do omówienia). Istnieje szansa, że ja stawiam* ;-)